|
Komentarz 74 (118/08) 19 maja 2008 r. Szanowne Koleżanki i Koledzy! 1. Stało się I tak to nadszedł ten sądny dzień - 19 maja. Wprawdzie posłowie PO już przygotowali projekt nowelizacji ustawy o ujawnianiu w księgach wieczystych prawa własności Skarbu Państwa oraz jednostek samorządu terytorialnego, w którym przewidują przedłużenie wszystkich terminów o pół roku, jednak Sejm nie zdążył na czas projektu zaaprobować, czyli obowiązują terminy stare, nie wiadomo też czy tak gładko to przejdzie, gdyż nowe terminy kolidują z zapowiedziami reprywatyzacyjnymi Premiera. Trzeba zatem wykazy, w wielu przypadkach dziewicze, przekazać Wojewódzkiemu Inspektorowi, który mając świadomość wiszącej nad nim gilotyny podsumuje dane jak leci i prześle dalej. Oczywiście stworzona zostanie wielka fikcja, której stopniowe ujawnianie będzie skutkować wymianą inspektorów, karami dla starostów, ale sprawy nie załatwi, a autorzy ustawy, jak wskazują ostatnie sygnały w mediach, sprawy nie odpuszczą; rząd zresztą też nie. Stąd zdziwienie budzi ten błogi spokój panujący w organach służby geodezyjnej, zwłaszcza u Głównego Geodety Kraju, który(a) ani słowem nie napomknął o zadaniu w Elblągu, ale to było przed miesiącem, nie wspomniał też o zadaniu w Bełchatowie, a to było przed czterema dniami. Równie wstrzemięźliwie podchodzili w Bełchatowie do zadania ujawniania nieruchomości Skarbu państwa w księgach wieczystych pracodawcy, którzy rozliczali tam projekt ustawy prawo geodezyjne, przewidujący przejęcie ksiąg wieczystych do geodezji ale pierwszy etap tego przejmowania, czyli właśnie ujawnianie w księgach wieczystych nieruchomości Skarbu Państwa i jednostek samorządu terytorialnego jakby nie zauważali. Ta akcja od samego początku była dobrze pomyślana ale źle wykonana. Nieliczni geodeci powiatowi mieli świadomość jak to robić ale nawet oni nie mieli za co, a prawdę powiedziawszy, to nie mieli i jak wykonać zadania, bo nie rozwiązany został problem sprawdzenia danych w księgach wieczystych. Przekopiować na lewą stronę wykazu dane ewidencyjne (bez względu na ich wartość) można bardzo łatwo. Odczytać zapisane przy nich oznaczenia wieczysto-księgowe też można, a nawet przy koleżeńskich układach z sądem można sprawdzić te księgi. A co z tymi księgami, które nie są ujawnione w ewidencji gruntów? Przecież sądy żadnego skorowidza gruntów publicznych nie prowadzą. Była zatem szansa na wykonanie małego fragmenciku zadania, ale bez pieniędzy, bo te zostały zmarnotrawione w ramach nieprzemyślanej budowy Zintegrowanego Systemu Katastralnego. Te pół roku przedłużenia terminów bardzo by się teraz przydało. Nie dla wykonania wykazów, bo to jest praca na wiele lat ale dla uświadomienia sobie o co właściwie w tej ustawie chodziło. I jakkolwiek dziś mija termin sporządzenia wykazów, to generalnie można ocenić wykonaną dotąd pracę jako zakończenie przygotowań do jej rozpoczęcia, kiedy to już wreszcie wiadomo, że nic nie wiadomo. Po prostu zapisano w innej formie, to co i tak było wiadome z danych ewidencji gruntów i budynków. Porównanie z księgami wieczystymi miało charakter całkowicie przypadkowy i jest rezultatem stosunków geodety powiatowego z księgami wieczystymi. Tam gdzie relacje te są dobre, wiadomo więcej, tam gdzie złe, mniej. Żadnego systemowego badania ksiąg nie było i być nie mogło, bo żadnej inicjatywy uregulowania sprawy nie podjęto. W zakresie badania ksiąg ustawa pozostała martwa i przedłużenie terminów o pół roku będzie tylko przedłużeniem niczym nie uzasadnionych złudzeń. Dopóki Główny Geodeta Kraju i Minister Sprawiedliwości nie opracują metodologii synchronizacji ksiąg wieczystych i katastru, dopóty bałagan będzie się tylko powiększał. Nie ma zaś żadnych szans na to, aby uzgodnienie metodologii nastąpiło, bo doradca prezesa GUGiK do tych spraw ponosi znaczną część odpowiedzialności za rozejście się ewidencji gruntów i ksiąg wieczystych, nigdy z katastrem nie miał do czynienia i niczego z ministrem sprawiedliwości nie wynegocjuje, gdyż zdaje sobie sprawę z tego do czego doprowadził wraz ze swoim szefem z urzędu marszałkowskiego, który jako autor rozporządzenia ewidencyjnego z 2001 r. ponosi pełną odpowiedzialność za wytworzenie obecnej patowej sytuacji. Przynajmniej wiadomo do kogo adresować pretensje o te miliardowe odszkodowania, które za nieuregulowane stany prawne trzeba będzie zapłacić. Można mieć uzasadnione obawy, że równie ciężko będzie nowej pani prezes opanować problem, bo gdyby go czuła, to inaczej by rozwiązała sprawy związane z LPIS. Dla zobrazowania sytuacji w jakiej żeśmy się znaleźli można przywołać trzęsawisko. Fałszywy krok, jaki popełnili autorzy ZSK spowodował wciąganie w otchłań, w której już tkwimy po pas. Minister Sprawiedliwości, który stoi za ustawą o ujawnianiu w księgach wieczystych nieruchomości Skarbu Państwa i jednostek samorządu terytorialnego rzucił nam sznur, aby się nim opasać i zatrzymać proces tonięcia a myśmy nawet nie potrafili tego sznura złapać choć leży w zasięgu ręki, a są uzasadnione obawy, że jak go wreszcie złapiemy, to zamiast na pas założymy go na szyję. Toniemy zatem dalej. Roszczenia spółdzielcze opisane w ubiegłym tygodniu, to tak jakby jeszcze ktoś usiadł nam na barkach. Człowiek w obliczu niebezpieczeństwa zagrażającego jego istnieniu ogarnia lotem błyskawicy swą drogę życiową. Geodezji jako branży też wypada takie podsumowanie zrobić. Najlepszym miejscem po temu jest chyba Muzeum Geodezji do którego zapraszamy. 2. Muzeum Geodezji Otóż w Opatowie, mieście gdzie przed ponad 800 laty podejmowano decyzje wieczysto-księgowe rejestrujące nadanie dóbr ziemskich, których naruszenie zagrożone było ogniem piekielnym - patrz referat Artura Lisa wygłoszony w dniu 28 kwietnia br. podczas konferencji „Tajemnice Starego Opatowa“, od 3 lat istnieje Muzeum Geodezji - polskiej geodezji. Chyba lepszego miejsca na lokalizację muzeum nie można było sobie wyobrazić, bo ten region jest esencją polskości, o czym jeszcze będzie mowa. Otóż w tym muzeum wśród rozlicznych znakomicie prezentowanych eksponatów, przy okazji słowa ogromnego podziękowania dla Starosty Opatowskiego i Opatowskiego Geodety Powiatowego, za doprowadzenie do powstania tego obiektu, można znaleźć, obok doskonałego sprzętu geodezyjnego dokumentującego dawną świetność zawodu, jego wielowiekowy rozwój, obok wspaniałych historycznych map, także biuro mierniczego przysięgłego, rotę jego przysięgi, kopie dokumentów towarzyszących rozwojowi służby, niezależnie od granic Rzeczypospolitej, zmieniających się na przestrzeni dziejów jak magma. Można też znaleźć to, co obowiązkowo powinni opanować wszyscy geodeci próbujący współpracować z prawnikami, w tym zwłaszcza doradcy Głównego Geodety Kraju, a mianowicie dokładny opis katastrów pruskiego, austriackiego, zamojskiego, co to jest matrykuła, arkusz posiadłości czy lwh, z którymi to oznaczeniami z pewnością będą się spotykać badacze ksiąg wieczystych. Przede wszystkim jednak w Muzeum znajdą mapę Polski z bardzo dokładnie wniesionym zasięgiem poszczególnych katastrów i wyliczeniami, że kataster pruski obejmował 45% powierzchni kraju, kataster austriacki 14% a kataster zamojski 0.6%. Teren zaboru rosyjskiego zajmował obszar tylko 40.4%, przy czym natychmiast po wojnie na niektórych obszarach byłego zaboru rosyjskiego zakładano kataster według zaleceń GUPK (np. powiat łaski), a doktrynerzy z GUGiK i Politechniki Warszawskiej przez całe lata próbowali narzucać rozwiązania czerpiące z byłego zaboru rosyjskiego, czynią to zresztą nadal, i teraz będą się dziwić dlaczego jest tak trudno zsynchronizować dane ewidencji gruntów z danymi wieczysto-księgowymi. To prawie tak jakby bezrobotny z byłego PGR-u próbował urządzać mieszkanie wysokiemu urzędnikowi ministerialnemu w Warszawie. Po prostu inny jest poziom uwarunkowań wyjściowych i na to zróżnicowanie trzeba zostawić stosowne marginesy w przepisach. Autorzy rozporządzenia ewidencyjnego z 2001 r. takiej wyobraźni nie mieli. Nie potrafili nawet uwzględnić specyfiki rdzennie polskiej ziemi sandomiersko-lubelskiej, legitymującej się ponad osiemsetletnią kulturą rejestracji posiadania, czyli niewiele krótszą od biblijnej, w odróżnieniu np. od nadgranicznych ziem płockiej czy ostrołęckiej. Niby ziemie te były pod tym samym zaborem, a jak różna jest specyfika zapisów wieczysto-księgowych, sięgająca w źródłach wielu wieków wstecz. Tępy rozdział atrybutów przedmiotu w ewidencji gruntów i podmiotu w księgach wieczystych, przyjęty w rozporządzeniu ewidencyjnym z 2001 r., był praprzyczyną tych kłopotów i rozbieżności, jakie teraz identyfikuje się w wykazach nieruchomości Skarbu Państwa. Wskazało na to kolejne spotkanie geodetów powiatowych tym razem województwa świętokrzyskiego poświęcone sporządzeniu wykazów mienia Skarbu Państwa i jednostek samorządu terytorialnego, które tylko potwierdziło mnogość problemów występujących po prawej stronie wykazów. Zamiast pomocy merytorycznej przedstawiciel urzędu marszałkowskiego potrafił zaoferować samopodatkowanie na rzecz kolejnego SIT-u, z uzasadnieniem, że inne województwa SIP-y mają, to trzeba żeby kolejne województwo dołączyło. Gdyby prawie ćwierćmilionowe opodatkowanie na powiat przeznaczyć na synchronizację katastru i ksiąg wieczystych, to budżet państwa mógłby zaoszczędzić dziesiątki miliardów, nie milionów złotych, które będzie trzeba wydatkować na zaspokojenie roszczeń. A swoją drogą dobrze by było podliczyć nieuzasadnione wydatki spowodowane działalnością geodetów wojewódzkich. Bylibyśmy w stanie podać wiele interesujących przykładów; jak chociażby ten łódzki, gdzie tyle pieniędzy zainwestowano w poligon krajowego SIT-u, którego mizerne efekty barwnie opisywał w Bełchatowie ówczesny i obecny Geodeta Wojewódzki lub jeszcze bardziej znamienny śląski RSIP, który wypompował na eksperymenty informatyczne ogromną kasę środków przeznaczonych na roboty geodezyjno-kartograficzne, uzyskując w rezultacie litaracki rejestr terenów poprzemysłowych, ale nie pracę geodezyjno-kartograficzną. Ciekawe jak Geodeta Wojewódzki uzasadnił przyjęcie tej prozy do Wojewódzkiego Ośrodka Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej. Jednak wracając do wykazów, które na dzień dzisiejszy należało sporządzić, to trzeba brutalnie przypomnieć, że po prawej stronie wykazów ujawniane są skutki całej historii Polski. Nieprawdą jest, że zamknięte księgi wieczyste, czy zbiory akt nas nie interesują. Jak trzeba wyjaśniać rozbieżności i błędy, zwłaszcza lokalizacyjne, to każdy dokument nawet z najbardziej odległej przeszłości jest na wagę złota. Stąd i te matrykuły, „elwuchy“ czy niepodzielne podwórza są cenną wskazówką synchronizacyjną. Stąd niezbędna znajomość skomplikowanej historii terenów objętych badaniami. Dla przykładu władze miasta Mysłowice postawiły niedawno u zbiegu rzek Czarnej i Białej Przemszy trójboczną tablicę informacyjną nazwaną „Pomnikiem historii granic u zbiegu Białej i Czarnej Przemszy“. Na boku zachodnim odwróconym w kierunku Mysłowic czytamy:
Na boku północno-wschodnim zwróconym w kierunku Sosnowca czytamy:
Na boku południowo wschodnim zwróconym w kierunku Jaworzna czytamy:
Na sąsiadującym w odległości 400 m. obelisku znaczącym znajdującą się tam kiedyś wieżę Bismarcka, zużytą następnie na budowę Katowickiej Katedry, czytamy: Mysłowice A.D. 2004 W miejscu w którym kiedyś stykały się granice trzech zaborów wspólnie świętujemy wstąpienie Polski do Unii Europejskiej i jesteśmy dumni, że razem budujemy „Europę bez granic“. Podpisali prezydenci Sosnowca, Mysłowic i Jaworzna. Za każdą z tych tablic kryją się nadzwyczaj skomplikowane zapisy wieczysto-księgowe dotyczące odnośnych obszarów, związane ze strukturą przestrzenną, mającą swe oparcie w katastrze, którego de facto nie ma. Stąd pytanie. Jak ci biedni Geodeci Powiatowi mieli zrobić wykazy stanowiące podstawę do sporządzenia wniosków, za nieprzygotowanie których starostowie będą karani? Sens zobowiązania zawartego w ustawowym przepisie jest mniej więcej taki, jak zalecenie osiągnięcia w pół roku dochodu narodowego Szwajcarii. Ma być i nikt wskazał, jak to osiągnąć. Nie ma oczywiście rzeczy niemożliwych, tylko nie w tak krótkim czasie. Z kolei dyktat ewidencyjno-gruntowy zasklepionych w Kongresówce urzędników GUGiK (rozporządzenie, tzw. Instrukcja G-5, testy), w zakresie ewidencji dumnie określanej mianem katastru, podobny jest dyktatowi wiejskiego despoty, który nigdy nie opuścił rodzinnej wsi, a świat zewnętrzny traktuje jako nieistniejący lub wrogi, na zasadzie, że jak ja noszę onuce, to niemożliwe aby istniało coś takiego jak skarpetki. Przy czym broń Boże chłopakom z mojej wsi zalecać się do dziewczyn z sąsiedniej wsi; bo to się kiedyś kończyło ciężkim pobiciem. Nie bardzo ten sposób rozumowania pasuje do „Europy bez granic“ ale w polskiej geodezji jakoś się utrwalił. Dobór doradców nowego Głównego Geodety Kraju wskazuje na utrwalenie omawianego zjawiska a twórczość wojewódzkich samorządowych monarchii geodezyjnych zwiastuje jego dalszy rozwój. |