|
Komentarz 79 (123/08) 23 czerwca 2008 r. Szanowne Koleżanki i Koledzy! 1. Dla kogo ta kara? W Gazecie Wyborczej z 17 czerwca br. ukazał się artykuł Krystyny Naszkowskiej „Wisi nad nami eurokara za złe mierzenie działek“, w którym czytamy : „Polska może zapłacić ok. 150 mln euro za niedociągnięcia przy rozliczaniu płatności obszarowych w latach 2005 i 2006. Komisja Europejska zamierza ukarać Polskę za brak kompletnego systemu identyfikacji działek (LPIS) w latach 2005 i 2006 r. - dowiedziała się "Gazeta". Kara ma wynieść 150 mln euro. Jeszcze jej nie nałożono, ale w ubiegłym tygodniu resort rolnictwa dostał od Komisji formalną notyfikację, czyli zapowiedź kary. Do spotkania ma dojść 16 lipca w Brukseli przed tzw. organem pojednawczym. Będą tam przedstawiciele KE oraz resortu rolnictwa. Nadal nie wiadomo, kto będzie reprezentował Polskę. - Kompletujemy zespół - mówi Aleksandra Szelągowska, dyrektor departamentu finansów w Ministerstwie Rolnictwa. System LPIS jest konieczny do przyznawania rolnikom płatności obszarowych, jego częścią są zdjęcia lotnicze wszystkich gruntów, na które rolnicy chcą otrzymywać dopłaty. System miał być gotowy już w 2004 r., kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, ale nie był. Jak mówi Wojciech Pomajda, ówczesny prezes Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, KE zgodziła się przesunąć o rok termin przygotowania LPIS. W 2004 r. rolnicy nie dostawali zdjęć swoich działek, ale mogli je oglądać w biurach powiatowych ARiMR. Za 2004 r. odpowiedzialny był rząd SLD, ale rozliczanie przypadło na rządy PiS. - Jeździliśmy do Brukseli, składaliśmy wnioski o prolongatę, pokazywaliśmy ile już zrobiliśmy, udowadnialiśmy, że cały czas jest postęp we wprowadzaniu systemu LPIS. I dogadaliśmy się z Komisją, żadnych kar nam nie nałożono - opowiada Henryk Kowalczyk, wiceminister rolnictwa za rządów PiS. System był rzeczywiście stopniowo rozbudowywany - rolnicy zaczęli dostawać zdjęcia do domów, a ortofotomapa powoli pokrywała coraz większy obszar kraju. Teraz Komisja chce rozliczyć następne lata. I tym razem bez kar chyba się nie obędzie. - Bo resort rolnictwa zawalił sprawę - mówi nam osoba z kierownictwa ARiMR. - W poprzednich latach na rozmowy jeździł prezes Agencji lub wiceprezes wraz z wiceministrem rolnictwa. Teraz resort rolnictwa wysłał na rozmowy do Brukseli dwie mało zorientowane urzędniczki, które nie były w stanie nikogo do naszych racji przekonać. Nawet nie poinformowano prezesa Agencji. Aleksandra Szelągowska uspokaja: - Do nałożenia kar jeszcze daleko, liczę że zdołamy przekonać organ pojednawczy do naszych racji.“ Przytoczyliśmy pełny opublikowany tekst artykułu aby czytelnicy komentarza znaleźli miejsce, które uzasadniałoby użycie w tytule osądu, iż „eurokara grozi za złe mierzenie działek“. Prawdopodobnie chodzi o budowę systemu ale winę przyczepiono tym, co mierzą. Źle mierzą! Jak zwykle zresztą geodeci są dyżurnym chłopcem do bicia. Być może osąd jest prawdziwy ale w poważnym piśmie za jakie uważa się Gazeta Wyborcza powinien być uprawdopodobniony. Poza uwłaczającym tytułem nie ma w artykule najmniejszej wzmianki o tym, na czym złe mierzenie polega. Znamienny przy tym jest fakt, że popularne geodezyjne czasopismo cenzorskie, które nie przepuści żadnej nowince geomatycznej, nawet z antypodów, o artykule w Gazecie Wyborczej, ani o eurokarze, nawet nie wspomniało. O LPIS-ie pisaliśmy w komentarzu 76(120) z 2 czerwca br. wyrażając przekonanie, że za tak wielkie pieniądze jakie w system wpompowano, powstał system trwały, stabilny i o pełnej wartości (według naszych wyliczeń poziom wydatków na zbudowanie systemu zbliża się do 1 mld. zł). Nie chce się po prostu wierzyć w treści sygnalizowane w Gazecie Wyborczej. W końcu przez minionych 6 lat wszystko było podporządkowane zabezpieczeniu ARiMR, o co mieliśmy ogromne pretensje do GGK nr 12, że tak faworyzuje bogatą jednostkę organizacyjną, która za darmo otrzymała całą bazę ewidencji gruntów i budynków (łącznie z mieszkaniami i garażami, nie wiadomo po co?). I tu nagle mielibyśmy ponieść za to karę w wysokości niewiele mniejszej od kosztów budowy systemu? Jest to przerażające i paraliżujące. Nie ma się jednak czemu dziwić jeśli zachłystując się systemami informacji przestrzennej, dyrektywą INSPIRE, infrastrukturą danych przestrzennych, systemem precyzyjnego pozycjonowania satelitarnego i metadanymi zapominamy o podstawowym dokumentowaniu posiadania i użytkowania terenów, jeśli każdy geodeta, działa według swego widzi mi się, każdy ośrodek dokumentacji przestrzega własne kryteria odbioru robót a w GUGiK na palcach jednej ręki można policzyć fachowców, którzy wiedzą o co chodzi. Po prostu w geodezji standardem stał się brak standardów, stąd i publicznie można bez uzasadnienia zarzucać złe mierzenie. 2. Standardy w geodezji Na temat standardów pisaliśmy już wiele, może zbyt wiele i nie ma się co powtarzać. Dlatego przypominamy cytat z Komentarza nr 17(61) z 16 kwietnia 2007 r.: W miarę narastania roszczeń, ubytku gruntów Skarbu Państwa i zwiększania wymagań starostów, wójtów odnośnie rzetelnej informacji przestrzennej, przez jakiś czas będziemy łatać zgłaszane potrzeby przy pomocy geinformacji. Przybliżona, nawet skażona informacja o terenie jest także cenna zwłaszcza wtedy, gdy nie ma w ogóle dostępu do informacji. Stąd w cenie są różne atlasy, mapy miast itp. tworzone z pominięciem elementarnych zasad sztuki geodezyjnej i kartograficznej. W końcu do znachorów ludzie też chodzą się leczyć. Podobnie będzie z geoinformacją, aż do momentu gdy trzeba ją będzie zastosować w praktyce, gdy trzeba ją będzie użyć w planowaniu, obrocie czy naliczaniu świadczeń, gdy drogę czy granicę trzeba będzie wytyczyć w terenie i powiązać ze stanem własnościowym. Wtedy w trosce o swoje bezpieczeństwo trzeba będzie wyjaśnić, że to wszystko co dotąd zarejestrowano w księgach i na mapach, czy w zintegrowanym systemie bazy danych, wykonano zgodnie z prawem, czyli zgodnie z przepisami i standardami. Nie zawsze to pomoże , ale zmniejszy zakres odpowiedzialności i konsekwencji. Przepisy na ogół wszyscy znają a standardy nie, choć chronią nie gorzej od przepisów, jeśli tylko w odpowiednim miejscu i czasie się je przywoła. Uważamy, że geodezyjne organizacje środowiskowe powinny podjąć szeroką kampanię uświadamiającą znaczenie i wagę standardów, po to, aby jeśli już władze nie są w stanie bronić swojej armii specjalistów przestrzennych, czyli współczesnych geodetów, to przynajmniej ta armia powinna opanować podstawowe zasady samoobrony, a taką samoobroną są właśnie standardy. I dlatego w ramach smętnych świątecznych rozmyślań rozpoczynamy publikację samouczka samoobrony geodezyjnej na temat sposobu i korzyści wynikających ze stosowania standardów, a właściwie norm, bo w Polsce to co Anglosasi określają mianem standardów, my określamy mianem norm, natomiast polski standard to norma oraz procedury. Siłą rzeczy Anglosasi do swoich standardów czyli norm pakują i cechy techniczne (Polska Norma ma zawierać tylko cechy techniczne) i procedury. W tamtym komentarzu skoncentrowaliśmy się na standardach z zakresu informacji geograficznej. Pozwólcie, że jeden fragment zacytujemy: Dzisiejszą część samouczka poświęcamy standardom z zakresu informacji geograficznej czy też geoinformacji, jak kto woli. Jest tych standardów 19. Cały komplet dostępny w PKN za jedyne 1371.10 zł. ale nie radzimy kupować, bo te standardy niby są, a właściwie ich nie ma, jako że opublikowane są w języku angielskim (słusznie, gdyż znajomość angielskiego jest w Polsce tak powszechna, że każdy sobie łatwo ze standardami poradzi). Tyle tylko, że nie można się na te standardy powoływać, bo nie są w języku polskim. Poza tym są przeznaczone do zastosowań IT w nauce (w klasyfikacji działowej i w rzeczywistości). Były wprawdzie próby stworzenia przynajmniej słowniczka, aby się jakoś do tych standardów dobrać, ale z tym były kłopoty, bo termin i definicja raz użyte w normach ISO muszą być identyczne przy każdorazowym powoływaniu się na niego, a to narusza zasady polskiej ułańskiej fantazji, w wyniku której każdy tłumaczy sobie, po swojemu, w różny sposób, nawet jak definicja jako znormalizowana występuje tylko raz. W długo już przygotowywanym Przewodniku terminologicznym, który miał ułatwić posługiwanie się anglojęzycznymi normami, pojawiły się problemy znaczeniowe. Pojawił się w nim np. nie wiadomo skąd dziwoląg językowy „instancja“ jako spolszczenie angielskiego „instance“. Według Leksykonu Geomatycznego prof.Gaździckiego „instance“ to egzemplarz encji lub konkretna encja, co nie ma nic wspólnego z instancją, znaną jako „każdy z kolejnych stopni w systemie organów sądowych, administracyjnych, organizacji społecznych“ (Encyklopedia Powszechna PWN). Gwoli wyjaśnienia encja jako spolszczenie „entity“ - jednostki, najmniejszej części, używana jest w części środowiska od kilkunastu lat. Sądzimy, że zanim Przewodnik się ukaże, problem zniknie, ale co mają zrobić czytelnicy norm wydanych w języku angielskim, jeśli potencjalni autorzy ich polskiego tekstu mają kłopoty z uzgodnieniem słownictwa. Najciekawsze jednak jest to, że to wcale nie są normy, a zasady tworzenia norm, co oznacza, że przed adeptami geoinformacji jest jeszcze długa droga. Wnioskodawcą wszystkich norm był w okresie 13 czerwca 2005 r. do 11 sierpnia 2006 r. przewodniczący KT 297, co oznacza, iż błogosławieństwa udzielał mu poprzedni GGK i był sukces i chyba o to chodziło. Nadzorujący wtedy geodezję wiceminister budownictwa połykał te sukcesy z zadowoleniem i generował następne , jak chociażby uruchomienie przetargu na Geoportal w dniu 30 listopada 2005 r. A że na te normy, które przypuszczalnie były jednym z warunków przyznania środków na Geoportal, nie można będzie się powołać, to upłynie dużo czasu zanim dotrze to do świadomości zainteresowanych, jeśli w ogóle dotrze. My na wszelki wypadek dla naszych czytelników to ujawniamy. Jest w tamtym komentarzu dużo więcej o zasadach stosowania standardów. Wszakże najciekawsze jest to, że upłynęło 14 miesięcy i sprawy nie posunęły się ani o krok. Owszem wiele z tych norm przetłumaczono ale każdą po swojemu, według terminologii autorskiej. W normach ISO i CEN, jak wyżej wspomniano, jest zasada, że raz użyte pojęcie jest zestandaryzowane i w tym samym uzgodnionym brzmieniu pojawia się w każdej następnej normie. Proponowaliśmy wiceprezesowi GUGiK i przewodniczącemu Komitetu Normalizacyjnego nr 297 aby zrobić to samo z polskim tłumaczeniem tych pojęć. Nawet podsunęliśmy propozycję ujednolicenia ponad tysiąca pojęć. Ale panowie boją się jednolitości jak diabeł święconej wody. Jeden z nich walczy z ujednolicaniem pojęć już od 7 lat. W związku z czym będzie dalej po naszemu. Po polsku. Znaczy się będzie pospolite ruszenie i „kupą mości panowie“. Każdy będzie robił po swojemu według najpopularniejszego tak zwanego standardu miejscowego. Beznadzieję pogłębia totalny zanik odruchów obronnych środowiska, którego organizacje reprezentanckie znalazły się w głębokiej defensywie. Może coś drgnie przynajmniej w Instytucie Geodezji i Kartografii, na czele którego stanął kolega Marek Baranowski, któremu serdecznie gratulujemy nominacji. Nareszcie właściwy człowiek na właściwym miejscu. Oby był to sygnał zmian w geodezji, bo wierzymy, że nowy dyrektor Instytutu nie zapomni, że oprócz GIS-ów, dyrektywy INSPIRE i metadanych istnieje też zwykła geodezja, na której wszystkie systemy przestrzenne się opierają. Niby jest to oczywiste ale nie dla wszystkich, jak świadczy przytoczony na wstępie tytuł z Gazety Wyborczej, który ewidentną wpadkę wielkich firm informatycznych przerzucił na barki tych, co jakoby „źle mierzą“. |