Komentarz 88 (132/08)

29 września 2008 r.

Szanowne Koleżanki i Koledzy!
Szanowne Panie i Panowie Prezydenci i Starostowie, Burmistrzowie, Wójtowie!
Szanowne koleżanki i koledzy geodeci, rzeczoznawcy majątkowi, pośrednicy i zarządcy nieruchomości!

1. Przed nami XIV KKK a być może III Kongres Katastralny

XIII Kaliska Konferencja Katastralna (KKK) przeszła do historii. Przed nami, według zgłoszonych wniosków, chyba już w przyszłym roku XIV konferencja katastralna, gdyż jest społeczne zapotrzebowanie na wymianę poglądów o jednym z najpoważniejszych problemów współczesnej Polski.

Życie zaś wykazuje, że nie ma gdzie i nie ma z kim poglądów tych wymieniać.

Nawet nieśmiało podczas konferencji kaliskiej wspominało się o III Kongresie Katastralnym FIG. Przypomnijmy, że pierwszy odbył się w 1998 r. w Warszawie, drugi w 2003 roku w Krakowie, a polska prezydencja w Unii Europejskiej jest tuż, tuż, bo w roku 2011, a wtedy organizuje się imprezy o wymiarze europejskim, takie jak kongresy, czy spotkania reprezentacyjnych gremiów, takich jak EuroCadastre czy WPLA. Może do tego czasu będzie gotowa autostrada Berlin-Warszawa, a wtedy z Europy do Kalisza będzie jak kamieniem dorzucił (czego nie można wykluczyć, bo już dziś 30 km autostrady A4 Krzyżowa-Wykroty przez rok czekać będzie na uruchomienie, bo oddana została przed terminem).

Kalisz pozostał ewenementem, jedynym już miejscem w Polsce, w którym o katastrze jeszcze się mówi, jeszcze się dyskutuje, choć w ostatnim dziesięcioleciu też dał się zepchnąć na margines tematu, czego przykładem była ostatnia konferencja, podczas której ani jeden referat nie był poświęcony problemowi ujawniania własności mienia publicznego w księgach wieczystych, problemowi, który jest restytucją katastru w Polsce, który przysparza ogromnych kłopotów jednostkom samorządu terytorialnego, który za rok może zmieść z kierowania polską geodezją nowe jej władze, co byłoby wielką szkodą, bo dobrze się zapowiadają, są ambitne i chcą coś pozytywnego zrobić. Nie mają jednak doświadczenia w bardzo trudnej, katastralnej dziedzinie, mają zaś doradców, którzy nawarzyli piwa, obecnie przez nas spijanego.

Nie było też w Kaliszu dyskusji o zamierzonej likwidacji powiatowego Funduszu Gospodarki Zasobem Geodezyjnym i Kartograficznym, która jest równoznaczna likwidacji odradzającego się katastru i uśmiercaniu krajowego systemu informacji o terenie, co w zestawieniu z równolegle tworzoną ustawą o infrastrukturze danych przestrzennnych jest szczególnym paradoksem (więcej o finansach w następnym tygodniu!)

Główna Komisja Katastralna SGP, która patronuje konferencjom kaliskim też dała się nieco sprowadzić na manowce, chociaż w komisji przynajmniej straszy duch śp. Wacława Kłopocińskiego, który przestrzega przed amerykanizacją polskiego katastru. Włącza się też w miarę możliwości kontynuator idei kolegi Kłopocińskiego, „wielki“ Bogdan Grzechnik, który jest już jednym z nielicznych, prowadzących prawno-geodezyjnego poloneza.

W tym kontekście wstrząsające były w Kaliszu relacje specjalistów z IGiK i specjalistów współpracujących z IGiK, opisujące ilości rozbieżności stwierdzonych w użytkach i numeracji działek w procesie wektoryzacji map ewidencyjnych.

Jeszcze bardziej wstrząsające i dziwne były ich relacje pastwiące się nad rozbieżnościami obrazu poligonów granic i użytków z map ewidencyjnych nałożonych na ortofotomapę.

Wszakże najbardziej wstrząsająca była odpowiedź na pytanie zadane przez koleżankę Weronikę Borys.

A pytanie brzmiało: Czy to co państwo widzicie na ortofotomapie, to są granice ewidencyjne?

Pytanie wywołało zdziwienie, że można w to wątpić.

I w tym miejscu wypadałoby zabrać zabawki i przenieść się na inną piaskownicę. Dziwić tylko może fakt, że z zaświatów nie zagrzmiał kol. Kłopociński, zgorszony naiwnością odpowiedzi.

Przypuszczalnie podobnie jak specjaliści związani z IGIK, myśleli wszyscy ci, którzy tworzyli IPE, Geoportale, czy też ci, co nie tworzyli nic, uważając, że satelitarne obrazki zastąpią geodetów, zaś pieniądze na prace geodezyjne kierowali na wątpliwej użyteczności prace informatyczne. Ostatnia aluzja, z żalem i smutkiem dotyczy poprzedniego kierownictwa GUGiK, które bardzo pogłębiło dystans dzielący nas od Europy.

Przed nowym kierownictwem stanęło heroiczne zadanie odrobienia tego dystansu, co będzie nadzwyczaj trudne, bo proces tworzenia nowych struktur zarządzania geodezją w Europie został właściwie zakończony - bez nas (WPLA, EuroCadastre, Rada INSPIRE).

A przypomnijmy, że zarządzanie Wspólnotą Europejską odbywa się poprzez oficjalne organy (Parlament, Radę, Komisje, Trybunał) oraz prezydencje krajowe, podczas których kraje członkowskie eksponują swoją specyfikę, swoje własne modele i tworzą wartość dodaną dla całej wspólnoty.

To podczas prezydencji eksponuje się krajowe osiągnięcia, zamierzenia i zyskuje dla nich poparcie, a w konsekwencji środki, ale też poddaje się mimowolnej kontroli z zewnątrz.

Obecnie prezydencję sprawuje Francja i w zakresie geodezji niewiele nam zagraża, bo Francuzi są katastropodobni do Polski. Wszakże dziedzina katastru została już uregulowana wcześniej w trakcie prezydencji fińskiej (2006) i niemieckiej (2007), oczywiście też bez naszego udziału.

W roku przyszłym przypada prezydencja ambitnych Czech i dobrze zorganizowanej Szwecji, potem równie prężnych i aktywnych Hiszpanów, Belgów i Węgrów, i w drugiej połowie 2011 roku Polski, tuż przed gigantycznym przedsięwzięciem europejskim, jakim będzie Europejski Spis Powszechny.

Do tego czasu trzeba wyprowadzić skutki geodezyjnego bałaganu stworzonego głównie w trzecim tysiącleciu. Sens tego bałaganu sprowadza się do pytania zadanego w Kaliszu przez koleżankę Borys, dlatego jego odtworzone z taśmy brzmienie cytujemy w drugiej części komentarza.

Przedtem jednak godzi się przypomnieć cytat z referatu autorstwa kolegów: Bogdana Nogalskiego, Adama Klimka i Mariana Nikela, którzy za Peterem Druckerem przytoczyli złotą myśl, iż „Nie ma nic bardziej nieefektywnego jak robić efektywnie rzeczy, których nie powinno się robić wcale“. Myśl pasującą znakomicie do wykonanej wektoryzacji i modernizowanej do tej pory ewidencji gruntów.

Za setki milionów złotych osiągnęliśmy produkt, który z pewnością będziemy mogli pokazywać w Internecie, gdyż nawet nie trzeba przy nim czynić żadnych zastrzeżeń jakościowych. Jako obrazek dla społeczeństwa jest on znakomity, a dokumenty i tak trzeba będzie pozyskiwać w organach służby geodezyjnej i w Wydziałach Ksiąg Wieczystych. Społeczeństwo zaś, przy odpowiednim nagłośnieniu, dokona surowej oceny tych obrazków, podobnie jak miało to miejsce w Izraelu (według już kilka razy przywoływanej w komentarzach relacji Głównego Geodety Izraela Haima Srebro). A wtedy podobnie jak w Izraelu błyskawicznie znajdą się setki milionów dolarów czy euro na założenie porządnego katastru (co byłoby łatwiejsze gdyby nie likwidować funduszu!).

Nie twierdźmy tylko, że obecna ewidencja gruntów jest katastrem, co jak mantrę powtarzał kolega Witek z konferencyjnej mównicy, powołując się na dwie ustawy, w których ewidencję gruntów zrównano z katastrem, dodajmy przy pewnym jego współudziale, bo jego głos już się wtedy liczył.

Należy się przy tym zastrzec, że w ustawach błędu nie popełniono, bo w okresie ich tworzenia mieliśmy do czynienia z zapisami rejestrowymi na etapie podobnym do dopiero co wylęgniętych kurcząt, kiedy to jeszcze nie wiadomo, które z nich w przyszłości będą znosić jaja (coraz bardziej złote), a które jako koguciki powędrują do rosołu. W codziennej praktyce o rodzaju płci kurczęcia orzekają tzw. sekserki czy macykurki. W geodezji o wyborze sposobu wykonania zadania miała zdecydować ustawa o systemie katastralnym. A odpowiedzialność za jej brak można już bardzo precyzyjnie przypisać, bo działo się to między X a XI KKK, czyli nie tak dawno temu. Funkcję sekserów wybrali zatem ci, co dali geodezyjne podstawy dla budowy systemów ZSIN , IPE czy katastralnej części Mazowieckiego SIP, jako że informatyczne rozwiązania były na wysokim poziomie. Powstało coś w rodzaju pięknego, funkcjonalnego terminalu granicznego w Zwardoniu, który nigdy nie odprawił i już nie odprawi żadnego pojazdu.

Skutki tego co się stało, zobrazowała w Kaliszu przy pomocy kilku prostych pytań nasza koleżanka.

Co w Kaliszu powiedziała koleżanka Borys?

Jak już wcześniej wspomniano pytanie, czy miedze na ortofotomapie to faktycznie granice działek, wywołało oburzenie i zdziwienie, że można w to wątpić.

A kol. Borys wyjaśniła, że „zrobiła analizę na jednym obrębie rolnym przy granicy dużego miasta. Okazało się, że 38% działek wykazało, że granice na ortofotomapie nie pokrywają się z ewidencyjnymi. Chodziło o poważnie zmieniony przebieg granicy, nie o tolerancje dokładności. Zidentyfikowano bardzo duże odchylenia od granicy faktycznej. Skąd się to wzięło?

Była np. kolej wąskotorowa, którą zlikwidowano zaraz po wojnie. Grunt Skarbu Państwa. Rolnicy tak go pozaorywali, że praktycznie tej działki, która była okamieniowana, nie ma. Wszystkie granice zostały poprzesuwane.

Wystarczy jedna działka, która jest odłogowana, a leży obok drogi polnej, to drogę się stopniowo nasuwa na tę działkę i potem okazuje się, iż droga ma zupełnie inny kształt. A specjaliści wykazują to jako błąd, bo droga na ortofotomapie biegnie w innym miejscu niż w ewidencji, a przecież granica biegnie tak, jak w ewidencji gruntów, a nie tak jak na ortofotomapie.

Do tego dochodzą sprawy związane z płatnościami dla rolników. Bracia obok siebie zagospodarowują uprawę jako jedną, bo jeden z nich ubiega się o dopłatę. Jeden z nich dokupuje (wydzierżawia) ziemię, drugi nie; zaorywuje granicę, wyrzuca graniczniki i wykazuje działkę rolną widoczną na ortofotomapie, która z ewidencyjną nie ma nic wspólnego.

Ortofotomapa jest doskonałym narzędziem pomagającym nam w precyzyjnej lokalizacji stanów udokumentowanych, ale nie może ortofotomapa ich zastępować“.

Nie wspomniała jeszcze koleżanka o harcach przestrzennych wyprawianych przez rzeki, o samoistnych zalesieniach, gigantycznych ugorach Opolszczyzny i innych ziem zachodnich i północnych, czy o prywatnych lasach, których na ortofotomapach nie widać, a które powinny wzbudzić aby odrobinę pokory u pionierów katastru na ortofotomapach.

Nie pozwalając koledze Witoldowi przerwać swej wypowiedzi, kol. Borys nawiązała do pytania, jak radzą sobie koledzy geodeci powiatowi, z tymi dziwnymi mapami, które zupełnie nie przystają do stanu aktualnego, stwierdzając:

„Powiedzmy sobie szczerze, że geodeci cały czas mierzą i dzielą te działki tworząc mapy uzupełniające czy jednostkowe, które idą do ksiąg, będąc podstawą, dokumentem dla dokonania wpisu, gdzie dokładnie się liczy powierzchnię i to jest podstawą stanu prawnego zapisanego w księgach. A potem tę dobrze pomierzoną działkę wciska się do starej niekartometrycznej mapy, przerysowanej z map katastralnych, bo nigdy nie było pieniędzy na skartowanie mapy od nowa.

Na terenach niekatastralnych funkcję takiej niekartometrycznej mapy pełniła mapa ewidencyjna założona na fotomapach, unacześnianych (taki zwrot był wtedy w obiegu) na kroki.

Prawie wszyscy geodeci powiatowi wiedzą o tym, że mają mapy, które nie powinny były być podstawą wektoryzacji.

A jednak je wektoryzowano!

Dlaczego tak się stało? Kto dał takie warunki techniczne do wektoryzowania wszystkiego. Są przecież całe połacie kraju gdzie nie wolno było wektoryzować mapy ewidencyjnej, bo to był tylko obrazek, który lokalizował, gdzie mniej więcej działka jest, a atrybuty tej działki, odpowiedni dokument, jest w księdze wieczystej, gdzie też powierzchnia jest dobrze zarejestrowana. Polityk czy informatyk mógł o tym nie wiedzieć, ale geodeta był zobowiązany o tym ostrzec. O tym było powszechnie wiadomo i żaden projekt nie był potrzebny“.

I następne pytanie kol.Borys:

„Dlaczego księgi wieczyste cieszą się tak dużym zaufaniem publicznym?

Bo nikt się nie zdecyduje wpisać w księdze wieczystej jakichkolwiek zmian, jeżeli nie ma wniosku i nie ma orzeczenia. Tam nie wolno niczego zrobić bez orzeczenia, bez podpisu osoby upoważnionej. Owszem są też objawy bałaganu z okresu niszczenia ksiąg, ale wpisy dokonuje się tylko na podstawie wniosku i orzeczenia, stąd tak duże zaufanie obywateli do ksiąg, mimo iż tam bałagan też się przydarza.

A co się stało z ewidencją gruntów? Pozwoliliśmy granice wektoryzować wcale nie geodetom. Bardzo często w ramach dużych projektów robili to studenci i dzieci geodetów, i zmieniali użytki tak jak widzieli bez dokumentów, bez podstawy, bez decyzji.

Powiedzmy sobie tak, że te mapy, które powstały pełnią funkcję informacyjną. Taką samą funkcję informacyjną pełniła mapa ewidencyjna, nawet ta zniekształcona, bo orientowała nas gdzie działka jest, a dokładny wymiar działki był w operacie. A my pozwoliliśmy sobie na wektoryzację bez decyzji. Wszystko to wprowadziliśmy, tak sobie i chcemy nazwać tę ewidencję katastrem.

I tu mój protest. To nigdy nie był i nie może być kataster. My za te grzechy bardzo długo będziemy pokutować.

Nie jest jednak wszędzie aż tak źle, bo spotkałam się z taką gminą, która w tej chwili dostała mapę zwektoryzowaną i pani, która ewidencję prowadzi jest zadowolona, gdyż wcześniej od ponad 15 lat wstawiała wszystkie nowe pomiary do grafiki prowadzonej w systemie EWMAPA, co pozwoliło na zgromadzenie prawie 40 % danych z pomiarów i te dane wydała wykonawcy, który nie miał czasu grzebać w papierach, bo to była terminowa akcja.

Zwektoryzowana reszta, z pierworysów, oceniona została jako dosyć dobrze zrobiona. Oznacza to, że nie wszędzie wektoryzowana mapa nie nadaje się do niczego. Miała natomiast pani prowadząca zasób pretensje do tego, że przez kolejny rok wprowadziła bardzo dużo podziałów, które w wektoryzowanej mapie się nie znalazły. Musi to w tej chwili sama aktualizować i poprawiać, bo nie zabezpieczono styku wprowadzania zmian“.

I następne pytanie postawione przez koleżankę:

„Czy za takie pieniądze można było zrobić więcej?“

Na to trudno odpowiedzieć, ale jak stwierdziła kol. Borys: „słyszała rozżalone głosy uczestników konferencji o to, że województwo mazowieckie ma 22 miliony, a nie powiedziano ile jeszcze milionów pójdzie na następne projekty.“

Dyskutantka zaproponowała zadanie sobie pytania: „jaki jest efekt końcowy, na zasadzie jak się liczy sprawność jakiejś maszyny. Jaka jest sprawność tego projektu? Co w rezultacie otrzymujemy? Czy faktycznie za wydatkowane pieniądze można było otrzymać tylko to, co teraz mamy?

My mówimy często, co nas to obchodzi, bo pieniądze są z Unii. A to przecież my jako podatnicy będziemy te pieniądze Unii zwracać. To nas każdego dotyka. To nie jest tak, że jakieś sprawne województwo wydobyło z tej Unii więcej i jest zadowolone, bo może te środki zmielić, a mogą też przepaść.“

Zakończyła koleżanka Borys swą wypowiedź stwierdzeniem: „My wszyscy za to zapłacimy“.

Nic dodać. Nic ująć.

Jest to też odpowiedź na wątpliwości kolegi Robotta zgłoszone na Forum Gispolu. Ma pan rację, mało kto już rozumie, o co tym dinozaurom chodzi? Może jeszcze ktoś spróbuje pogrzebać w temacie geodezyjno-prawnym ale ostatecznie zamknie się wszystko na roszczeniach i odszkodowaniach. Jeśli w resorcie kierowanym przez geodetę nie dostrzega się nieścisłości między faktycznymi granicami RP a granicami według ustaleń Traktatu Poczdamskiego, to dlaczego przeciętny śmiertelnik miałby rozróżniać ustalenia ewidencyjne, katastralne i wieczysto-księgowe, tym bardziej, że dostęp do tych danych, jakoby jawnych, jest coraz bardziej utrudniany. A czasu na skuteczne dochodzenie praw wynikających z dwudziestoletniego okresu zasiedzenia pozostało już niewiele.

Zaś wtedy kiedy najbardziej będą w terenie potrzebne środki funduszu na regulację i czyszczenie błędnych oznaczeń nieruchomości, fundusz zostanie przeniesiony do centrali, czyli praktycznie zlikwidowany. I to zdumiewa!

- Powrót -