|
16 października 2006 r. Komunikat ZSK 36/06 Szanowne Koleżanki i Koledzy ! Z żalem zawiadamiam, że kol. prof. Zdzisław Adamczewski poczuł się dotknięty komentarzem kol. Piątkowskiego z dnia 2 października i złożył rezygnację z członkostwa w stowarzyszeniu. Sprawa zostanie rozpatrzona na zebraniu zarządu w dniu 19 pażdziernika br. a wola kolegi z pewnością będzie uszanowana, jednak z uwagi na wiele jej aspektów wymaga kilku słów komentarza. Aspekt pierwszy to charakter strony internetowej. To jest strona internetowa stowarzyszenia "non profit" użytkowników krajowego systemu informacji o terenie (KSIT), adresowana do członków i sympatyków w celu dotarcia do wszystkich (istniejących i potencjalnych) użytkowników systemu w sposób wiarygodny, umożliwiający akceptację głębokich treści tkwiących w SIT (GIS czy SIP). Język informacji o terenie staje się powoli precyzyjnym integratorem ludzi różnych ras, wyznań, przekonań politycznych i orientacji seksualnych, bo ziemia jest jedna i trzeba się nauczyć na niej żyć pomimo różnic, które ludzi dzielą. Z tego właśnie powodu SIT, GIS czy SIP tak głęboko wchodzi w ontologię i semantykę obiektów przestrzennych, aby rozumieć treści kryjące się pod ułomnymi tłumaczeniami różnych obiektów przestrzennych. Takim ewidentnym przykładem ułomnego tłumaczenia jest np. angielskie "ownership", które oznacza zarówno własność jak i posiadanie, a namiętnie tłumaczone jest dla określenia tylko własności z wszystkimi negatywnymi konsekwencjami w budowie IPE. Aspekt drugi to wiarygodność. Aby przekonać kogoś do wspólnego działania na rzecz określonej idei, powinno się wykazać, ze chodzi tylko o ideę, a nie o biznes. W zakresie SIT ten rozdział jest wyjątkowo trudny, bo ujednolicenie płaszczyzny porozumiewania się jest wielką pokusą dla biznesu z prostej zależności, że za ilością idzie zysk, zatem wszystko co związane jest z ilością zwłaszcza z krotnością, jest magnesem dla biznesu, jak źródła wody dla dzikiej zwierzyny. Nie bez kozery też w afrykańskich rezerwatach przyrody przy każdym oczku wodnym gromadzą się drapieżcy, bo tam łup jest najłatwiejszy. Zatem przekonanie do idei SIT (czyli wody dla wszystkich) musi wyeliminować strach przed lwem. Aspekt trzeci to złożoność techniczna i prawna problemu. Budynek budynkowi nierówny. Działka działce nierówna, droga drodze nierówna. A chce się je porównywać i agregować w różnych językach, systemach kulturowych, społecznych, politycznych. W geodezji, w jak żadnej innej dziedzinie odkryto potrzebę standaryzacji, zwłaszcza przy zakładaniu katastrów. Instrukcje techniczne czy znaki konwencjonalne to nic innego jak pierwowzór standardów ISO 211. Zestandaryzowane w określonym systemie prawnym obiekty trzeba ponadto lokalizować z ogromną precyzją i objąć regułami systemu komputerowego, który w założeniu jest bezbłędny ale i bezmyślny. Działa tylko tak jak został zaprogramowany przez dysponującego określonym poziomem wiedzy człowieka. Wymienione trzy aspekty łącznie rzutują na powstanie problemu "paszkwilu", jak komentarz kolegi Piątkowskiego określił prof. Adamczewski. Obydwaj koledzy są do czasu przyjęcia rezygnacji kolegi profesora członkami jednego stowarzyszenia, obydwaj obdarzeni są nieprzeciętnymi umysłami, które już dały wymierny wkład w budowę uniwersalnego SIT, a mogą zwłaszcza teraz w ostatniej fazie przygotowywania implementacji dyrektywy INSPIRE pomóc w jej adaptacji do warunków polskich. Tło polityczne jest najgorszym jakie może rzutować na ustawienie przyszłości w systemie rejestracji wspólnego dobra jakim jest ziemia. I tego tła trzeba unikać jak ognia, zwłaszcza tam gdzie trzeba dociec obiektywnej prawdy. Kol. Piątkowski rozgoryczony lekceważącymi sformułowaniami pana profesora pod adresem geodetów powiatowych, czemu się nie ma co dziwić bo jest jednym z nich, sięgnął po argument polityczny uważając, iż to co dzieje się z polskim katastrem jest tak irracjonalne, że wskazuje na podłoże polityczne. Sięgnął w opisie wydarzeń do 1968 r. i utożsamił pana profesora z ówczesną władzą, czemu też nie należy się dziwić bo konflikt pokoleń oraz rządzących i rządzonych istniał zawsze i istnieć będzie; utożsamił profesora z władzą próbującą spacyfikować uczelnię. Mnie osobiście trudno uwierzyć w imienne zaangażowanie pana profesora w opisane wydarzenia, bo znam i szanuję profesora od ponad 50 lat. Sądziłem, że profesor po ojcowsku wyjaśni sprawę, uwarunkowania i klimat, rozwiewając spekulacje, które towarzyszą dwuznacznym wydarzeniom tego roku. Sam przeżyłem na tejże Politechnice wydarzenia 1956 roku i dobrze pamiętam dotkliwość środków wychowawczych ówczesnej władzy, które sięgały na równi studentów i pracowników naukowych; profesor był wtedy asystentem i traktowany był na równi z tymi, co byli w środku otoczonego przez milicję budynku. Sięgnięcie przez kol. Piątkowskiego do wydarzeń 1968 roku ma przy tym swój znacznie szerszy ponadczasowy wymiar. Wtedy władza społeczeństwu, obecnie odchodząca z GUGiK ekipa środowisku, próbowała narzucić nieracjonalny model postępowania. Wtedy władza próbowała spacyfikować społeczeństwo, obecnie GUGiK sterowany przez przemysł informatyczny próbował spacyfikować środowisko geodezyjne. Zarówno IPE jak i Geoportal w obecnym wydaniu są sztuczne, nieprzystosowane do życia. Logiki wykonywania zawodu kurczowo bronią geodeci powiatowi, tymczasem pan profesor niespodziewanie udzielił wsparcia tym, co to chcieliby zawłaszczyć dane ale bez odpowiedzialności. Stanowisko pana profesora było tym bardziej zdumiewające, że to właśnie profesor Adamczewski bronił żarliwie w swoich geofelietonach geodezji, jako wartości szczególnie cennej. I tak pojawiły się trzy wspomniane na wstępie aspekty problemu. Jeśli SIT ma integrować informacje o ziemi: wszystkie, o wszystkich i dla wszystkich, to wszyscy mający dobrą wolę muszą mieć możliwość wypowiedzenia swej nieskrępowanej opinii, co jako organizacja staramy się zabezpieczać. Jeśli rozwiązania takiego systemu mają być społecznie zaakceptowane, to powinny być wdrażane z użyciem siły argumentu, a nie argumentu siły. W naszym odczuciu dostarczamy wszelkiej dostępnej nie selekcjonowanej argumentacji. Jeśli rozwiązania systemu mają być skuteczne, to muszą uwzględniać najnowsze dostępne w świecie rozwiązania techniczno-prawne zaadaptowane do polskich warunków, a GUGiK zamknął się przed światem, traktując to co się w nim dzieje w zakresie budowy uniwersalnego systemu informacji o terenie, tylko jako okazję do turystyki, a nie przepływu informacji, zaś dostępne kanały rzetelnej wiedzy skutecznie poobcinał. Pan profesor zaangażował się w obronę koncepcji byłego GGK podkreślając jej nowoczesność. Najbardziej nowoczesny zawsze był i będzie przemysł zbrojeniowy działający w imię skutecznej zagłady maksymalnej ilości istnień ludzkich. SIT w założeniu ma tworzyć warunki do efektywnego, pokojowego wykorzystania wspólnego dobra jakim jest ziemia. W proces tworzenia takiego systemu zaangażowali się członkowie wielkiej rodziny FIG-owskiej, której ponad 1000 przedstawicieli obradowało w ubiegłym tygodniu w Monachium. FIG-owski model katastru, tak różny od polskiego, będzie realizowany, a my im wcześniej się przeorientujemy, tym lepiej. Były Główny Geodeta często posiłkował się autorytetem niemieckiego doradcy, który za wielkie pieniądze doradzał nam jak stworzyć system, którego w Niemczech nie ma. Co oznacza komputeryzacja w niemieckim wydaniu miałem okazję przeżyć w związku z kongresem FIG. To, że centrum kongresowe miało problemy z łącznością e-mailową, czy faksową może się zdarzyć przy tak dużym przedsięwzięciu, ale to, że kilkunastu gości hotelowych przez 3 godziny czekało na przyjęcie do hotelu, bo zawiesił się system komputerowy, czy to, że niezależny od ruchu ulicznego system monachijskiego metra zatyka się na długie kwadranse z powodu korków, każe z rezerwą patrzeć na komputeryzację za wszelką cenę, zwłaszcza na systemy nadmiernie scentralizowane, a niedostatecznie przemyślane, jak ma to miejsce z IPE i jego narzędziami kontrolnymi. Myślę, że mit o niemieckiej sprawności organizacyjnej można włożyć między bajki i dziwić może wybór tego partnera jako wzorca dla polskiej geodezji, która przed podjęciem eksperymentu z IPE była znacznie bardziej technicznie zaawansowana, z wyjątkiem może konsekwencji w utrzymywaniu zgodności ksiąg wieczystych z katastrem, co wszakże wkracza w dziedzinę organizacyjno-prawną a nie w techniczną. Nie bez zadowolenia wysłuchałem w Monachium polskiego referatu prof. Wojciecha Wilkowskiego i Moniki Jaroszewskiej, w którym autorzy przedstawili wyniki analiz opartych na porównaniu danych ewidencyjnych i wieczysto-księgowych wykonanych przed 12. laty w rejonie pabianickim przez kierowaną wtedy przeze mnie firmę GEOBID. Oznacza to, że praca skutecznie wtedy utrącona przez geodetę województwa łódzkiego jednak się na coś przydała. Ale ze smutkiem wysłuchałem pytań pana Woutersa z Holandii i pana Daugherty z USA dlaczego stwierdzone rozbieżności utrzymują się? Co zrobiono aby je zlikwidować? Dlaczego wyznaczono tak odległą, bo sięgającą 2020 r. perspektywę na ich usunięcie? Były to normalne pytania, normalnie myślących ludzi, którzy wiedzą, że sens systemu katastralnego ma rację bytu jeśli dane ujawnione w księgach i w katastrze są zgodne. Poprzednie kierownictwo GUGiK do ostatniej chwili, a nawet już po zmianie prezesa próbowało wmanewrować nas w centralny system katastralny nie uzgodniony z księgami wieczystymi i do ostatniej chwili zabiegało o jeden system komputerowy. Wspomniany już pan Wouters z Holandii parę minut po zadanym pytaniu zaprezentował holenderski Kadaster-on-line, w którym działa 14 systemów komputerowych i mnogość systemów im nie przeszkadza, a dane dotyczące podmiotu i przedmiotu mają zgodne. Czeka nas długa droga do odrobienia poniesionych strat. Każdy światły umysł będzie potrzebny aby wyplątać się z pajęczyny, którą omotał nas przemysł informatyczny. Nie wyobrażam sobie aby zadanie było możliwe do wykonania bez inwencji i oryginalnych rozwiązań pana profesora Adamczewskiego. A problem tak zwanego "paszkwilu"? Pomijając fakt, iż jak już zaznaczyłem nie wierzę w opisaną rolę pana profesora w wydarzeniach 1968 roku, to nie sądzę, aby sposób podania tego był przejawem złej woli. Tak fakty zostały zarejestrowane w świadomości społeczności studenckiej i wydobyte w momencie wejścia informacji do obrotu. I sądzę, że jest to porównywalny przykład skutków tego co zrobił były Główny Geodeta z konwersją i wektoryzacją danych ewidencyjnych. Tysiącom, a być może milionom posiadaczy nieruchomości zmieniono lub zmienia się dane ewidencyjne, bez ich wiedzy. Dowiedzą się o tym jak będą wchodzili w obrót. Będą mogli dochodzić swych racji na swój koszt, choć nie oni zawinili. I będzie tak jak z tym swego czasu pokpiwanym pytaniem do radia Erywań. Czy to prawda, że na rynku rozdają darmo samochody? Na co pada odpowiedź: Prawda, tylko nie samochody a rowery, nie na rynku a na targowisku i nie rozdają a kradną. W tworzeniu koszmarów informacyjnych specjalizują się podrzędni redaktorzy zamierających czasopism. Mnie nie tak dawno temu taki redaktorek z będącego na kroplówce pisma komputerowego obrzucił pomówieniami o spacyfikowaniu przeze mnie, jako prezydenta Katowic, huty Katowice w Dąbrowie Górniczej. Pomijając fakt, że bardzo przecenił moje możliwości i swoją wiedzę o ówczesnych możliwościach urzędników administracji terenowej, to jednak wykazał kwalifikacje do redagowania informacji na wzór wspomnianego wcześniej radia. A tak na marginesie to jest to jeden z tych insektów reprezentujących przemysł informatyczny, który przyssał się do geodezji. Czy z insektem można podejmować dyskusję? Tego osobnika (to ten sam, który groził użyciem siły jak nie przestanę rejestrować pierwszej publicznej prezentacji IPE) wpuścił do środowiska i promował były Główny Geodeta. Bardzo mu się teraz nie widzi odkrywanie na stronie internetowej GISPOL-u tła tego co się dzieje z tak zwanym zintegrowanym systemem katastralnym i roli insektów dla których pożywką stał się specjalistyczny geodezyjny warsztat pracy. Komentarz kol. Piątkowskiego miał zupełnie inny charakter i w moim przekonaniu przyrównanie go do paszkwilu, w odróżnieniu od artyzmu redaktora czasopisma komputerowego, jest wysoce nietrafne. W sytuacji narastającego zagrożenia dla podstawowego warsztatu pracy geodetów komentarz kolegi Piątkowskiego w moim odczuciu miał pobudzić dotychczasowego wielkiego orędownika geodezji do zrewidowania punktu widzenia między innymi na kataster i rolę geodetów powiatowych, gdyż prawda jest taka, że jedziemy na tym samym parowozie. Przeładowane palenisko wytworzyło nadmiar pary, która częściowo poszła w gwizd, ale za to teraz lokomotywa powinna się sprawniej toczyć i to z pełną załogą, na co ja osobiście bardzo liczę. Myślę, że wielu profesorów będzie zmuszonych do zmiany swojego punktu widzenia na geodezję, a umocniła mnie w tym przeświadczeniu zamieszczona w Geoforum wzmianka kolegi Marka Ziemaka o wrześniowych obradach CLGE na Malcie. Kolega stwierdza, iż ku swemu zdumieniu dowiedział się, iż dyrektywa INSPIRE wcale nie wzbudza powszechnego entuzjazmu. Przytaczając relacje pani poseł do Europarlamentu Frederici Brepoels, kolega Ziemak poinformował, że dyrektywa "jest dopiero w pierwszym czytaniu w Parlamencie Europejskim i w najlepszym przypadku zostanie uchwalona do końca przyszłego roku", że wdrażana będzie w latach 2009-2013 i co najważniejsze, że "budzi sprzeciw wielu środowisk zawodowych oraz poszczególnych krajów a jej uchwalenie wcale nie jest takie pewne". Największe zdumienie wzbudził fragment relacji kolegi Ziemaka, iż (cytuję) "wątpliwości kolegów budzi sama idea. Przecież Unia i poszczególne rządy z zapałem budowały różne bazy danych i systemy informatyczne przez kilkadziesiąt lat, a teraz nagle odkryły, że dobrze byłoby, jakby one chociaż trochę do siebie pasowały. Jak ktoś naprawdę potrzebuje dzisiaj połączyć i porównać jakieś dane, to bez problemu wykonuje lub zleca ich konwersję, ewentualnie kupuje nowe oprogramowanie itp., a potem działa. Na nic do tego dyrektywy, ustawy czy specjalne urzędy. A teraz politycy wyjeżdżają z potrzebą dyrektywy, specjalnego urzędu, no i oczywiście dużych pieniędzy. To gdzie byli przez te wszystkie lata radosnej twórczości? Dodatkowo europejscy geodeci widzą w dyrektywie próbę ograniczenia konkurencji i wolnego rynku i pachnie im ona próbą zawłaszczenia przez różne administracje obszarów, na których dotąd panuje swoboda. Ogólnie rzecz biorąc, koledzy odnoszą się do INSPIRE z dużą rezerwą i będą namawiali swoje rządy do niepopierania dyrektywy. Sama posłanka potwierdziła, że rząd Niemiec nie popiera dyrektywy, a rząd Wielkiej Brytanii jest otwarcie przeciw. Inni wahają się" (koniec cytatu). Jest w języku niemieckim takie powiedzenie "Schaden freude". Wprawdzie nie godzi się cieszyć z nie swojej szkody ale GISPOL głosił to na forum projektu INSPIRE już 3 lata temu. Odmówiliśmy dalszego uczestnictwa w grupach opiniujących widząc, że ich praca ma karnie popierać jedynie słuszne wizje JRC a de facto OGC. Stanowczo protestowaliśmy podczas sejmowej Podkomisji Nadzwyczajnej przeciwko rzekomej autopoprawce rządowej zgłoszonej przez GGK w styczniu 2005 r. kiedy to zapisy z dyrektywy INSPIRE próbowano wtłoczyć do projektu nowelizacji Prawa geodezyjnego i kartograficznego jako już obowiązujące i wielokrotnie w komunikatach przestrzegaliśmy prezesa i byłego dyrektora departamentu informatyzacji zgik przed wychodzeniem przed orkiestrę, mieliśmy bowiem przykre doświadczenia ze Śląskim RSIP-em, który był próbą zawłaszczenia danych geodezyjnych pod szyldem INSPIRE. Pozostały skutki w postaci IPE i Geoportalu, których efekty w jakiś sposób trzeba będzie wykorzystać ale miejmy nadzieję nikt już nie będzie nadużywał projektu czy nieistniejącej dyrektywy INSPIRE do wdrażania nie opartych w prawie eksperymentów informatycznych. Ta niepozorna wzmianka kolegi Ziemaka a także wystąpienie pani z Komitetu Integracji Europejskiej podczas tegorocznej konferencji PTIP utrzymane w tym samym tonie, pozwalają ogarnąć rozmiar pracy jaka stoi do wykonania przed polską geodezją, pracy w której zwłaszcza profesorskie głowy będą niezbędne, bo profesorom jest łatwiej zidentyfikować i skorygować mimowolnie popełnione błędy. |