|
Komentarz 22 (66/07) 21 maja 2007 r. Szanowne Koleżanki i Koledzy! 1. Podsumowanie przeglądu norm geodezyjnych W ubiegłym tygodniu zakończony został przegląd standardów geodezyjnych. Zakończony został na normach, których jeszcze nie ma, bo ze względów politycznych kataster najpierw był zakazany, a potem próbowano nam robić wodę z mózgu przekonując, ze ewidencja gruntów to jest właśnie kataster. Nawet takie zapisy znalazły się w źródłach prawa, wiejąc zgrozą, jak mogło do tego dojść. Zanim sytuacja się „unormuje“ będziemy świadkiem jeszcze nie jednego egzotycznego pomysłu, o czym świadczą coraz dziwniejsze wypowiedzi kolegów próbujących zmieniać prawo. Sięgnijmy jednak do tych coraz rzadszych ale normalnych wypowiedzi, osób które mają coś do powiedzenia i robią to w sposób profesjonalny. Jedną z tych osób jest pan Dariusz Felcenloben, którego znane nam publikacje wyróżniają się dobrą znajomością tematu i gwarantują, że jak tylko powstanie klimat, to polska geodezja ma szanse się odrodzić, po głębokim jej zepchnięciu do defensywy przez bliżej nie sprecyzowaną geoinformację, informację przestrzenną i infrastrukturę danych przestrzennych. Im mniej ktoś ma do powiedzenia w geodezji, tym bardziej nadużywa tych słów. Otóż pan Felcenloben swój opublikowany w kwietniowym wydaniu Przeglądu Geodezyjnego artykuł pod tytułem „Badanie dokumentacji z rozgraniczenia nieruchomości“ rozpoczął od następujących słów /cytat/: „Mając na uwadze, iż granice nieruchomości wyznaczają w przestrzeni obszar, w którym właściciel z wyłączeniem innych osób może korzystać ze swego prawa, podkreślić należy jak ważnym jest, aby każdy zainteresowany miał poczucie pewności i stabilizacji, w jakim obszarze przysługujące mu prawo mógł wykonywać. Aby zapewnić każdemu możliwość ochrony posiadanych praw, ustawodawca stworzył określone procedury administracyjne i sądowe, w ramach których każdy, kto posiada interes prawny w tym zakresie mógł domagać się ustalenia przebiegu granic nieruchomości po to, aby wyeliminować poczucie niepewności lub zażegnać istniejący spór graniczny.“ Jest to fundamentalna zasada katastru, w tym postępowania rozgraniczeniowego, które jest istotnym elementem katastru. W majowym wydaniu magazynu GEODETA pani prof. Bogumiła Załęska - Świątkiewicz zaproponowała zastąpienie mocy ugody zawartej przez strony przed geodetą i wywołującej skutki prawne, jakie wywołuje ugoda sądowa w postępowaniu cywilnym, instytucją ugody administracyjnej wprowadzonej w 1960 r. kodeksem postępowania administracyjnego. Nie chcemy wypowiadać się co do zasadności propozycji, pragniemy tylko przypomnieć, że ugoda zawarta przed geodetą przeniesiona została z dekretu z 13 września 1946 r. o rozgraniczeniu nieruchomości, kiedy to w Polsce istniał kataster na obszarze 2/3 powierzchni kraju, a dekret o rozgraniczeniu nieruchomości miał ułatwić założenie katastru na pozostałym obszarze. Nie wiedzą i nie chcą o tym wiedzieć koledzy z byłej „Kongresówki“, próbując na siłę uszczęśliwić całą Polskę Integracyjną Platformą Elektroniczną i Zintegrowanym Systemem Informacji o Nieruchomościach. Czynią to z upodobaniem zwłaszcza ci, co zgarnęli kasę w grancie Banku Światowego. 2. Wiosenne szczytowanie Nie należy się zatem dziwić, że pojawiają się też takie perełki jak wypowiedź Marka Ziemaka w kwietniowym wydaniu magazynu GEODETA, gdzie na str. 14 czytamy: „Twierdzę, że problem z ośrodkami dokumentacji nie leży w tym, czy da się je jakoś ulepszyć. Sama ich idea się zdeaktualizowała. One nie mają żadnej racji bytu i dlatego trzeba je zlikwidować. Pomysłów na kataster, rejestr geodezyjny czy ewidencję gruntów nie będę rozwijał, bo ostrość widzenia zaburzyło mi seminarium w Sejmie, a właściwie dyskusje kuluarowe. Siedziałem akurat w towarzystwie bardzo miłych geodetów powiatowych z południa Polski. Wszyscy zgodnie twierdzili, ze ewidencja gruntów jest „be“, natomiast kataster austriacki czy pruski „to jest to“. Robią coś w tej ewidencji, ale tak naprawdę o granicach i własności przesądzają zapisy katastralne austriackie i pruskie. I dlatego w kącie za szafą mają wszystko w dawnym katastrze na bieżąco. Jako człowiek z Warszawy, czyli z Kongresówki, nie znam się na tych katastrach, ale skoro są takie dobre, to może zamiast filozofować i informatyzować tę nieszczęsną ewidencję zaadaptujmy któryś z tamtych XIX-wiecznych pomysłów. Geodeci powiatowi - przynajmniej południowi - będą zachwyceni. Technologia sprawdzona. Trzeba tylko wybrać między Franzem Josefem a Bismarckiem. Wszystko to byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Wciąż trzymamy kierunek na wiek XIX, a świat jest w XXI.“ Pan Ziemak, przypomnimy, był prezesem GIG, organizacji zrzeszającej ponad 100 małych przedsiębiorstw geodezyjnych, ale reprezentującej tysiące geodetów trudniących się drobnym wykonawstwem geodezyjnym. Pan Ziemak jest obecnie wiceprezesem tej organizacji, był na początku obecnej kadencji dyrektorem jej biura, jest członkiem zarządu Federacji Przedsiębiorstw Geodezyjnych i reprezentuje nas w Europejskiej Organizacji Geodetów (CLGE), powinien zatem z racji pełnionych funkcji być kompetentny, a wypowiada opinie jakimi w okresie wczesnej kolektywizacji posługiwali się geodeci z awansu społecznego. Są takie granice, po przekroczeniu których śmieszność staje się groźna. Część środowiska geodezyjnego niebezpiecznie na tej granicy oscyluje. To ta część, która wierzy w to, iż ewidencja gruntów jest katastrem, i ta która w Elblągu nie zaprotestowała, jak pani z ARiMR obrażała geodetów pokazując drogę na mapie ewidencji gruntów przebiegającą w innym miejscu niż obecnie na ortofotomapie (to tak jak ten prezes GUPK co zabronił używania pojęcia błędu średniego, bo pomiary mają być bez błędów), i ta, która z dnia na dzień chciałaby rewolucyjnie zmienić prawo geodezyjne. Obojętnie na jakie, aby zmienić. Hasło zmiany prawa geodezyjnego stało się tak modne jak lustracja, aborcja czy mniejszości seksualne. Lustracja z pewnością byłaby bardzo potrzebna ale lustracja, nazwijmy to umownie „niefrasobliwości“, której, niestety, nie da się zmierzyć, a i zapisać trudno. Wszakże pomocną dłoń podał nam, jak zwykle, miesięcznik eksponujący w nazwie zaszczytny zawód geodety, publikujący w kwietniowym i majowym wydaniu szereg intrygujących artykułów (mimo woli naganiamy magazynowi czytelników, co kwalifikuje nas do prowizji, ale się jej zrzekamy), ale w końcu z reklam i poczytności niskonakładowy magazyn żyje i każdy chwyt przysparzający popularności jest stosowany, a autorom artykułów na publikacjach zależy, bo zaliczają je do dorobku, a że przy okazji trochę grosza kapnie, to już zysk per saldo. 3. „Zbawcy“ polskiej geodezji ze Śląska Niewątpliwie najbardziej intrygujący jest artykuł właściciela magazynu, artykuł zatytułowany „O szyciu butów“, w którym przywołuje „śląską sitwę“ i „zbawców polskiej geodezji ze Śląska“. Zrobił to pan redaktor bardzo odważnie, bo trzon Zespołu Ekspertów stamtąd się wywodzi i opiera się na rezultatach wywołanego przez „zbawców“ i skonsumowanego przez „zbawców“ grantu Banku Światowego IDF 02427. Nawet trudno mieć pretensje do użytego przymiotnika terytorialnego, bo Ci ludzie na Śląsku się zawiązali i zarejestrowali, choć w większości wywodzą się z Warszawy, zyski zaś zostały przetransferowane na antypody. Transfer zysków odbywał się z wykorzystaniem subtelnych metod działania z gatunku humoru opisanego w książce Horacego Safrina „Przy szabasowych świecach“ wydanej przez ISKRY w roku 2003. Przytaczamy jedną z anegdot: „Manufakturzysta Nuchim procesuje się ze swoim byłym wspólnikiem. Dwa dni przed rozprawą kupiec radzi się swego adwokata: - Panie mecenasie, a może by tak posłać sędziemu tłustą, tuczoną gąskę z moją wizytówką? - Czy pan oszalał? Sędzia Bielecki to człowiek nieprzekupny. Zaprzepaści pan całą sprawę!... Proces odbył się i trybunał przysądził Nuchimowi żądaną w pozwie kwotę. Kupiec zjawia się ponownie u adwokata. -Panie mecenasie, ja panu zdradzę sekret.. Ja pana nie posłuchałem i sędzia otrzymał ode mnie gęś. - Niemożliwe! - Wszystko jest możliwe. Słowo daję, że tak zrobiłem. Tylko z tą różnicą, że do paczki z gęsią włożyłem wizytówkę mojego byłego wspólnika!“ Do takiego skojarzenia skłania odwołanie redaktora magazynu do zamieszczonego na stronie następnej listu zaadresowanego do Starosty Myślenickiego pod tytułem „Hulaj dusza“. Otóż mieści się tam takie zdanie: „Badając księgi [„wieczyste“, dopisek red.komentarza] odkryłam, że część własności mojego klienta już została nielegalnie przeniesiona na inną osobę. W tej chwili ten sam obszar gruntu ma dwóch właścicieli (działka 7745 w Trzebuni). Pod mapą przenoszącą cudzą własność podpisanych jest trzech urzędników: pierwszy ją wykonał (bez uprawnień geodezyjnych), drugi 'prowadził' tego pierwszego, a trzeci potwierdził na mapie nieprawdę, że jest zgodna z ewidencją gruntów[...].“ Na końcu akapitu jest dopisek, iż „Takich sytuacji są setki“. Tak, to prawda. W wydanym w 1995 r. przez Głównego Geodetę Kraju zbiorze referatów na konferencję naukowo-techniczną „Krajowy System Informacji o Terenie“ - z perspektywy województwa łódzkiego, w referacie Prezesa Sądu Rejonowego w Pabianicach Cezarego Prycy znajduje się zdanie „Szczególnie trudne są przypadki ksiąg podwójnych na tę samą nieruchomość, stwierdzono ich 146 co stanowi 3.1 % przebadanych ksiąg.“ Znajduje się też w referacie analiza cech blisko 5 tysięcy przebadanych ksiąg ( była to pierwsza część z 27 tysięcy ksiąg i zbiorów dokumentów porównanych wtedy przez firmę GEOBID w ramach tworzenia SIT rejonu pabianickiego; kontynuację prac przerwali ówcześni wojewoda i geodeta województwa), z której wynika, że: - 14% nie udało się połączyć z danymi ewidencji gruntów, - 7.1% stanowią księgi, gdzie brak zgodności pomiędzy właścicielami zapisanymi w KW a w ewidencji gruntów, w tym 5.6% ksiąg różni się powierzchnią, - 12% stanowią księgi, gdzie występuje częściowa zgodność współwłaścicieli z ewidencją gruntów, w tym 8.6 % ksiąg różni się powierzchnią, - 10% to księgi, gdzie w ewidencji odnotowany jest dodatkowo oprócz właściciela, władający, w tym 6.3 % różni się powierzchnią, - 45.6% to księgi zgodne z właścicielem zapisanym w ewidencji gruntów, w tym księgi w pełni zgodne co do właściciela i powierzchni stanowią 16.2%, a pozostałe 29.4% to księgi różniące się w powierzchni - oraz 2.3% literówki i różnice imion, 3.1% w księgach wykazany Skarb Państwa a w ewidencji gmina oraz 5.9 % zapisów nieczytelnych. Oznacza to, że tylko 16.2 % ksiąg nadawało się do wiarygodnego obrotu prawnego. Z uwagi na zniekształcenie danych spowodowane z jednej strony konwersją do formatu SWDE, z drugiej przepisywaniem ksiąg w ramach migracji, należy przypuszczać, że procent ten uległ dalszemu zmniejszeniu. Uczestnikami konferencji łódzkiej była grupka późniejszych „Zbawców“ polskiej geodezji, nieco później zorganizowana w spółkę, która mimo, iż nie miała prac geodezyjnych w swoim zakresie działania, różnymi kontrowersyjnymi metodami przygotowała podwaliny pod ZSK, IPE, ZSIN, SWDE, LPIS, IDF, opisane w opasłych tomach akt sprawy. W grancie Banku Światowego IDF, gdzie miała obowiązek ujawnić rozbieżności w systemie rejestracji praw związanych z własnością, gdyż grant poświęcony był umocnieniu systemu administrowania gruntami a nie wsparciu tego systemu, jak sobie to ktoś zręcznie przetłumaczył, „zbawcy“ zapomnieli o przeanalizowaniu rozbieżności między systemem ksiąg wieczystych a przestrzenną rejestracją zapisanych w nich praw. Widocznie, w wyniku wizyt szeregu ekspertów w Sydney uznali, że stosowany w Australii „System Torrensa“ nie wymaga sięgania do zaszłości, bo Polska jest dopiero co odkrytą bezludną wyspą. IDF ma szansę być podstawą wnioskowania Zespołu Ekspertów, wypada zatem wspomnieć o jego genezie. W materiałach sprawozdawczych spółki za rok 1999 znajdujemy zdanie: „W ramach działalności marketingowej podjęte zostały prace i przeprowadzone rozmowy z Bankiem Światowym oraz MSWiA i Min.Finansów w sprawie ustanowienia projektu BŚ typu „grant IDF“ na prace przygotowawcze i standaryzacyjne związane z tworzeniem w Polsce zintegrowanego systemu katastralnego. Rezultatem tych prac i rozmów jest wstępna wersja dokumentu TOR(Terms of Reference) dla projektu IDF, która jest obecnie uzgadniana zarówno z BŚ jak i Międzyresortowym Zespołem Koordynacyjnym ds. Systemu Katastralnego“. Umowę z Bankiem Światowym GUGiK spisał 19 czerwca 2001, w sierpniu tego roku GUGiK rozegrał szopkę ze zbieraniem ofert na konsultantów projektu. Służymy dokumentami jak zajdzie potrzeba. Karty zaś rozdał tuż po objęciu funkcji Główny Geodeta Jerzy Albin, który też ogłosił efekt pracy 24 maja 2004 r. i schował. Wierzymy, że obecny GGK zechce te materiały udostępnić, a sam sprawdzi kto, co i za ile wykonał i jaka jest przydatność opracowania. 4. Wiosennego humoru ciąg dalszy W majowym wydaniu cytowanego już magazynu znajduje się także artykuł Agnieszki Dawidowicz z Katedry Geodezji Rolnej i Katastru Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie pod tytułem „Lepiej zgodnie z KPA“ omawiający skutki aktualizacji operatu ewidencji gruntów i budynków po zmianie ustawy o podatku rolnym. Tak po prawdzie to nie wiadomo, czy jest to informacja z przeprowadzonych badań, czy doniesienie do prokuratora. Sprawa dotyczy tysięcy poszkodowanych obywateli, którym bezprawnie zwiększono wymiar podatku (pisaliśmy o tym w komunikacie ZSK nr 15 z 16 kwietnia 2006 r.). Przytoczony przez autorkę nakaz GUGiK dotyczący usunięcia z oznaczeń terenów mieszkaniowych drugiego członu określającego klasę gleboznawczą jest nie opartą w prawie ingerencją centralnego organu administracji w indywidualne zobowiązania obywatela względem państwa. Te sprawy i ustalanie użytków w wyniku przeglądu pól dla uzyskania dopłat bezpośrednich będą przedmiotem odrębnego komentarza w najbliższej przyszłości. Jest jednak w kwietniowym wydaniu cytowanego magazynu inny intrygujący artykuł pani Bac Bronowicz i współautorów pod tytułem „Sposób na „pięćdziesiątkę“. Artykuł nie dotyczy problemów związanych z wiekiem a z mapą topograficzną, w tym z niezależną bazą danych, oryginalnie zdefiniowanymi klasami obiektów, własną biblioteką znaków topograficznych, zaleconymi przeglądarkami geodanych, zaleconym producentem oprogramowania i to wszystko w ramach projektu 6T12 2005C/ 06552 współfinansowanego przez GGK. Wszystko to odbywa się w okresie, kiedy znany jest ostateczny tekst dyrektywy INSPIRE, kiedy dyrektywa ta wchodzi w życie i stanowi o: - łączeniu w jednolity sposób danych przestrzennych pochodzących z różnych źródeł, - objęciu dyrektywą danych przestrzennych przechowywanych przez organy publiczne lub w ich imieniu oraz wykorzystywanych przez organy publiczne przy wykonywaniu ich zadań publicznych, - sformułowaniu przepisów wykonawczych w sposób zapewniający spójność pomiędzy elementami informacji odnoszącymi się do tego samego położenia lub pomiędzy elementami informacji odnoszącymi się do tego samego obiektu przedstawionego w różnych skalach. Pomijając fakt, iż jak dotąd nie ma w jeszcze w prawie oparcia dla rozwiązań zaproponowanych w projekcie 06552 i ciągle jeszcze obowiązuje artykuł 5 Prawa geodezyjnego i kartograficznego, to trzeba najpierw rozprawić się z art. 5, zanim przystąpi się do monopolizacji polskiego rynku technologiami z innej rzeczywistości. Ktoś jednak udzielił błogosławieństwa do tych działań i dobrze by było poznać tego, kto dysponuje aż taką siłą kreowania nowych rozwiązań przed zamieszczeniem ich w prawie, bo autorzy chyba są pewni, że się to w prawie znajdzie. Wszystko zatem wskazuje na to, że Zespół Ekspertów będzie miał ogromną pracę do wykonania, a tu terminy gonią. Nie tylko zresztą Zespół Ekspertów ma co robić, bo Główny Geodeta w oczekiwaniu na wytyczne też ma jeszcze mnóstwo roboty związanej z czyszczeniem zaszłości, takich jak np. z ciągle jeszcze zamieszczonym na stronie Internetowej GUGiK „Rysem historycznym“, w którym nie ma ani słowa o tym, że przez 5 lat po wojnie sprawy geodezji porządkowało ponad 500 mierniczych przysięgłych, że w GUPK działała Komisja Egzaminacyjna, która promowała nowych mierniczych przysięgłych. Gdyby Zespół Ekspertów przyjął takie informacje za wiarygodne, a ma prawo, bo sięgnąłby do źródła, to strach pomyśleć jaki byłby efekt jego pracy. |