|
Komentarz 24 (68/07) 4 czerwca 2007 r. Szanowne Koleżanki i Koledzy! 1. Uwagi do Zjazdu SGP Sądzimy, że w przededniu Walnego Zgromadzenia Stowarzyszenia Geodetów Polskich i w okresie podsumowywania prac Zespołu Ekspertów nadszedł właściwy moment do przypomnienia sobie jaką to właściwie misję mieli i mają geodeci do spełnienia. 60 lat prania mózgów zrobiło swoje i większość kolegów mieniących się geodetami o tej misji nie wie lub zapomniała, bo modna geomatyka i wszechobecna informatyka wyparły misję geodezji z pola widzenia. Misją geodezji jest profesjonalna rejestracja ładu (lub bezładu) przestrzennego, w postaci map lub baz danych, a nieubłaganym weryfikatorem rejestracji jest nierozciągliwa powierzchnia Ziemi. Można tę Ziemię mierzyć niezliczoną ilość razy, nawet dziennie od nowa, jeśli kogoś stać. Można tworzyć nieskończoną ilość GIS-ów, RSIP-ów Śląska czy Mazowsza, nawet po kilka w roku, dając zarobić kilku firmom, czy ich prezesom pobierającym pensję dwudziestokrotnie większą od Premiera. Można też kilka razy sprzedać tę samą nieruchomość, w tym samym czasie, ale i tak wszystko to musi się zbilansować powierzchniowo do granic gminy, czy województwa, których rzeczywista powierzchnia jest niezmienna. Misją geodezji jest rejestracja tego obiektywnego, rzeczywistego stanu, a nie rozsądzanie czyje prawo jest ważniejsze lub dlaczego wielokrotnie mierzy się to samo, chyba że chodzi o pieniądze publiczne, wtedy osoby odpowiedzialne sygnalizują to odpowiednim organom. W miarę postępu technicznego i technologicznego mniej dokładne wyniki rejestracji zastępowane były coraz lepszymi, które obecnie doszły do granic prawie absolutnych i jeśli dziś rejestruje się ład przestrzenny w sposób przybliżony, to mamy do czynienia z kreowaniem bezładu, ze świadomym zniekształcaniem danych, z poświadczaniem nieprawdy. Informatyka jest równie bezwzględnym i bezbłędnym narzędziem rejestracji w ręku tych, którzy wiedzą jak należy się nią posługiwać. Komputer podobnie jak powierzchnia Ziemi jest bezdusznym weryfikatorem chceń i przetworzy dokładnie to co zaprogramujemy, nawet absurdy. Jako narzędzie rejestracji przestrzennej wymaga ogromnej wiedzy inżynierskiej i prawnej, bez której można stworzyć taki horror jaki obecnie mamy w Polsce. Coraz więcej niefachowców lub pseudofachowców próbuje się autorytatywnie wypowiadać na temat geodezji, czym nasycone jest zwłaszcza majowe wydanie Przeglądu Geodezyjnego, próbują też w sposób nieodpowiedzialny wykonywać roboty geodezyjne. Czas najwyższy, aby najstarsza geodezyjna reprezentacja zawodowa dała temu właściwy odpór, między innymi przez pamięć i szacunek dla tych ponad 500 fachowców, którzy po wojnie próbowali odrodzić polską geodezję, a których listę zamieszczamy w niniejszym komentarzu. Tych 527 osób dysponowało wiedzą i doświadczeniem potwierdzonymi w odpowiednim trybie, miało prawo występowania w imieniu państwa i używania pieczęci z godłem potwierdzającej merytoryczną wartość tworzonych dokumentów, z których wiele spotykamy po dzień dzisiejszy w wieczysto-księgowych zbiorach dokumentów i im można ufać. Potem było coraz gorzej. Doszło w końcu do takiego stanu, że dziś właściwie tylko informatyka i Internet są w stanie wyprowadzić rejestrację przestrzenną z bezładu w jaki wprowadzili ją wszyscy jej twórcy i użytkownicy w Polsce, zwłaszcza zaś w okresie minionych kilku lat ci mieniący się geomatykami. Wszakże informatyka i Internet są w stanie wyprowadzić informacje o terenie z chaosu nie poprzez nowe miliardowe zlecenia na tworzenie systemów pseudokatastralnych i różnych „wimap“ czy niespójnych baz danych topograficznych, a poprzez zeskanowanie i metodyczne zarejestrowanie wszystkiego tego, co zalega w państwowym zasobie geodezyjnym i kartograficznym oraz w księgach wieczystych i udostępnienia wyników do publicznego wglądu, a „de facto“ do publicznej kontroli poprzez Internet, aby użytkownicy mogli zgłosić swoją ocenę zebranej geoinformacji. Równolegle trzeba wykształcić i stworzyć sztaby fachowców zdolnych zaproponować wyjście z bałaganu w jaki wpędzili nas twórcy ZSK i LPIS. To co mogło w krótkim czasie uczynić polski kataster i SIT najnowocześniejszymi na świecie, czyli ogromne środki PHARE i IACS stało się nieszczęściem, gdyż środki te zwietrzył biznes informatyczny i przepompował na swoje konta. Zrobił to według biznesowych reguł stosując rozwiązania i narzędzia rodem z krajów gdzie nie ma katastru w ogóle lub w europejskim rozumieniu. A geodeci zostali z przysłowiową ręką w nocniku. Parę przedsiębiorstw geodezyjnych uszczknęło z tego jakiś ochłap i teraz martwi się jak to przekazać do ewidencji. Jedyna nadzieja w likwidacji Funduszu Gospodarki Zasobem Geodezyjnym i Kartograficznym, bo przy okazji rozwali się większość ośrodków dokumentacji i nie będzie miał kto wytykać błędów natychmiast. Będą to oczywiście czynić obywatele ale z opóźnieniem, co nie obciąży już aktualnie rządzącą ekipę. Przed sześcioma laty katowicki GEOBID opublikował na swojej stronie internetowej skan przedwojennego wydawnictwa Stowarzyszenia Państwowych Inżynierów Mierniczych we Lwowie (1933) „Kataster gruntowy w świetle cyfr i rzeczywistości“ (W dziale „Lex“, Archiwalia - odnośnik 'Polecamy również'). Warto do tej broszury zerknąć, bo po 74 latach osiągnęliśmy to, co wtedy było w II RP, a co w okresie następnych 20 lat, mimo wojny, udało się znacznie uporządkować, po to, aby w okresie kolejnego półwiecza znowu stracić. A świat się cały czas rozwija (kraje byłego bloku wschodniego też), tylko my zostaliśmy w dołku. Z publikacji w Gazecie Prawnej wynika, że trzy potężne firmy informatyczne: Prokom, Sygnity i Comarch są przygotowane do zasypania dołka (z geodezją w środku). A gdzie są nasze władze geodezyjne? Wracając natomiast do Zjazdu SGP ciśnie się na usta wiele pytań:
Członkowie GISPOL-u dziękują ustępującemu Zarządowi Głównemu SGP, życząc trafnych wyborów i owocnych obrad. Deklarujemy jednocześnie wolę dalszej współpracy dla dobra branży, którą tak pokochaliśmy. 2. Geodeci a notariusze Tak gwoli przypomnienia mierniczowie przysięgli zorganizowali się w oparciu o ustawę z 1925 r. Notariusze w ślad za geodetami zorganizowali się w oparciu o ustawę z 1934 r. i tak jak geodeci zostali rozpędzeni w 1952 r. Wszakże notariusze pozbierali się natychmiast po zmianach ustrojowych 1989 r. i zorganizowali się w silną i poważaną korporację zawodową. Geodeci nie mogą się pozbierać po dzień dzisiejszy i dają sobie dyktować warunki przez budowlańców, informatyków i inne branże. A przecież notariusze tylko nadają wymaganą prawem formę przeniesienia własności za pomocą dokumentów lokalizacyjnych przygotowywanych przez geodetów, ślepo ufając temu co na wyrysie i w wypisie. Znikła przedwojenna forma „powzdania“. A geodeci nawet nie potrafią się bronić. Zostali wystawieni przez księgi wieczyste, przez finanse i przez notariuszy. Teraz dołączyła jeszcze ARiMR. Każdy polega na danych dostarczonych przez geodetów, co poniektórzy mieszają w nich i krytykują. A te dane geodezyjne są monstrualnie psute, co od 1.5 roku jest opisywane w naszych komentarzach i komunikatach. Podstawą współczesnego zarządzania, coraz droższymi terenami, są precyzyjnie zarejestrowane prawa do nieruchomości i ich ograniczenia. Można sobie pozwolić na satelitarną rejestrację aktualnego posiadania tam, gdzie dotąd nie było żadnej rejestracji nieruchomości np. w Australii. Ale tam i tak będą musieli się nauczyć sztuki aktualizacji i wprowadzania zmian, co jak demonstrował to podczas GSDI9 prof.Holland nie udało się dotąd opanować. Tam gdzie rejestracja praw ma swoje wiekowe tradycje jak np. w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i w Polsce, poszanowanie dla sposobu rejestracji praw w czasie jest złożonym problemem techniczno-prawnym, którego rozwiązania w Polsce ze względów politycznych zaniedbano. Światli przedstawiciele innych branż, zwłaszcza prawnicy próbują instytucję rejestracji praw wykorzystywać tak jak dzieje się to w cywilizowanych krajach, ale nie wiedzą lub zapominają o tym, że nasze dane są niewiarygodne i w okresie Polski Ludowej rozjechały się. Przytoczone w ubiegłotygodniowym komunikacie 16 % danych w pełni zgodnych między katastrem a księgami wieczystymi oddaje istotę problemu. Szczególnie duże rozbieżności występują w gruntach Skarbu Państwa, nieco mniejsze w gruntach gminnych. W skali pojedynczej gminy są to różnice sięgające dziesiątków hektarów. W skali państwa mogą to być setki tysięcy hektarów. W cytowanej już przedwojennej broszurze „Kataster gruntowy w świetle cyfr i rzeczywistości“ jest zdanie „Główny Urząd statystyczny czyni od lat kilkunastu rozpaczliwe, bezskuteczne poszukiwania za tysiącami kilometrów kwadratowych, które są wykazane na mapach topograficznych, a które gdzieś bez śladu przepadły w zestawieniach i wykazach statystycznych.“ Sądzimy, że gdyby dziś porównać powierzchnię gruntów Skarbu Państwa w księgach wieczystych i w ewidencji gruntów to też byłyby to tysiące kilometrów kwadratowych, ale fikcyjnie nadbywających. To właśnie na gruntach Skarbu Państwa zdarza się najwięcej ksiąg podwójnych. Księgi wieczyste i kataster trzeba bezwzględnie informatyzować, ale nie przeklepywać w bezmyślny sposób. Na taką chałturę nigdy by sobie nie pozwolili koledzy wymienieni w poniższym wykazie, którym poprzez niniejszą publikację chcemy oddać wyrazy wdzięczności za to, co dla Polski zrobili, bo to im zawdzięczamy perfekcyjną organizację geodezji w najtrudniejszym powojennym okresie. Wtedy im nie dziękowano, często szykanowano, a to oni stworzyli podwaliny doskonałej infrastruktury danych przestrzennych, na której psucie trzeba było pół wieku. 3. Wykaz czynnych biur mierniczych przysięgłych w poszczególnych województwach R. P. Według stanu na dzień 31 grudnia 1947 roku. (zm.D.U.GUPK 6/48,1/49, 9/49). Załącznik: |