|
Komentarz 52 (96/07) 17 grudnia 2007 r. Szanowne Koleżanki i Koledzy! 1. ePSI Poczdam W dwa dni po zakończeniu katowickiego seminarium na temat Ewidencji Mienia Publicznego (EMP), równo tydzień przed podpisaniem Traktatu Lizbońskiego, zmieniającego Trakt o Unii Europejskiej oraz Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską, odbył się w Poczdamie I Kongres elektronicznych Informacji Sektora Publicznego (ePSI). W aspekcie geodezyjnym te trzy wydarzenia łączy wspólna nić zmieniającej się i integrującej Europy. Ten proces będzie się toczył bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie, bez względu na to, czy się obrazimy na Europę i schowamy w polskim zaścianku nasz system informacji przestrzennej. Jeśli zdecydowaliśmy się do Europy wstąpić, to Europa nie będzie czekać, aż Polscy urzędnicy nauczą się języków obcych i zechcą z tą Europą rozmawiać, tylko będzie narzucać uzgodnione z innymi rozwiązania, a my przez jakiś czas będziemy demonstrować swoją odrębność, będącą w istocie rzeczy demonstracją kalectwa językowego i merytorycznego. Ogromny wysiłek włożony przez społeczeństwo (poprzez podatki) w językowe i merytoryczne kształcenie młodego pokolenia profituje emigracją zarobkową. Jak młodzi (przynajmniej część) wrócą, będą usiłowali wdrażać wzorce z innej rzeczywistości i mnożyć się będzie gama błędów. Kiedyś na wielką emigrację zarobkową i przenoszenie wzorców pozwolili sobie Jugosłowianie z wiadomymi skutkami. Na ogół doskonali się rozwiązania własne, ale trzeba się umieć porozumieć z tymi, co siedzą za kierownicą. My w geodezji, póki co, nie bardzo wiemy gdzie nas ci z Unii Europejskiej wiozą. Do tak smutnych refleksji pobudzają trzy wspomniane na wstępie wydarzenia razem wzięte. Katowickie seminarium wydobyło z lamusa polski kataster, który istniał, w jakiejś szczątkowej postaci jeszcze istnieje, a co do którego bardzo trudno się było dotąd porozumieć nawet w języku polskim. Choć można, bo jak wykazało to katowickie seminarium EMP, dobra wola ze strony zainteresowanych partnerów istnieje, trzeba tylko wiedzieć do czego się zmierza, a z tym jest znacznie gorzej. W sobotę minął już pierwszy termin rozliczeniowy wynikający z ustawy o ujawnianiu w księgach wieczystych nieruchomości Skarbu Państwa, a rozporządzenia wykonawczego jak nie ma, tak nie ma. Tabelki jak ongiś bibuła krążą m.in. w materiałach z katowickiego seminarium, jakoś tam te niezgodności będzie się inwentaryzować, aby za pół roku poznać w zarysie, jak wielki problem katastralny mamy do rozwiązania. A problem będzie narastać, bo Europa z nami, czy bez nas, będzie się integrować. W tej dziedzinie też. Otóż zwłaszcza po II Kongresie Katastralnym UE, który odbył się w grudniu 2004 r. w Rzymie i zakończył przyjęciem deklaracji katastralnej, nastąpiło ogromne przyspieszenie prac Permanentnego Komitetu Katastralnego (PCC) uzgadniających wspólną politykę europejską w tej dziedzinie. Początkowo w pracach tych uczestniczył GISPOL, ale po donosie byłego Głównego Geodety (patrz m.in. Komunikat nr 43 z 4 grudnia 2006 r.), nie wycofanym przez obecnego, prace toczą się poza nami i z przykrością trzeba było wysłuchać w Poczdamie kuluarowego wytyku Szefa Urzędu Katastralnego w Insbrucku (występował w imieniu prezesa austriackiego urzędu geodezji), będącego równocześnie przewodniczącym AGEO, austriackiego odpowiednika GISPOL-u, dlaczego to Polska nie bierze udziału w pracach PCC, Eurogeographic i innych europejskich gremiów koordynujących sprawy okołogeodezyjne ( z wyjątkiem CLGE, gdyż nazwiska Dyja, Ziemak zostały wymienione jako aktywne). Na stanowczy protest, iż przecież władze nasze jeżdżą na te spotkania, padło sprostowanie, iż chodzi o „branie udziału w pracach“ tych gremiów. A jest rzeczywiście w czym brać udział, bo dzieją się rzeczy wielkie, dla tej pozornie z boku stojącej geodezji też. ePSI w Poczdamie, to była tylko buchalteria, o czym za chwilę. Zaś te wielkie rzeczy, także w tak zwanej geomatyce, poprzedzały nowy traktat europejski podpisany 13 grudnia w Lizbonie. Przez pół roku portugalskiej prezydencji, koncentrowały się w tym kraju najważniejsze spotkania uzgodnieniowe z różnych dziedzin. To w Portugalii odbywały się 13 Warsztaty GI&GIS, ze zgłoszonym wspólnym referatem wiceprezesa GUGiK i Prezesa GISPOL-u. Zgłoszonym i zamieszczonym w skrótach, a nie wygłoszonym, bo ponoć min. Piętak odmówił aprobaty. Poniesione bezużytecznie przez GISPOL koszty zgłoszenia i rezerwacji sięgnęły 600 euro. A przecież to tam decydowano o losach strategii wdrażania INSPIRE, o czym trzeba się było potem dowiadywać z innych źródeł, bez informowania decydentów, aby nie wystosowali kolejnego donosu (choć po odejściu twórcy Zespołu Ekspertów prawdopodobieństwo to zmalało). To w Portugalii odbywały się spotkania innych gremiów zajmujących się geomatyką, w tym PCC , wiedzę o czym też trzeba będzie zdobywać okrężnymi drogami, chyba że polscy uczestnicy obrad ujawnią co wynegocjowali i co z naszej dziedziny przedostało się do motywacji 175 stron traktatu i 137 stron protokółów, aneksu i aktu końcowego. Wprowadzone do traktatu pojęcie spójności terytorialnej (art.158), czy ułatwień wymiany informacji i urzędników (art.176d) w kontekście z art.17 Karty Praw Podstawowych UE o Prawie do własności stwarzają ogromne pole do popisu dla geodetów, w tym przede wszystkim katastralników. Sądząc po konferencji poczdamskiej trudno przypuszczać, iż takich ustaleń nie było. Konferencja Poczdamska nazwana była niemiecką, ale uczestniczyli w niej i wygłaszali referaty także przedstawiciele Anglii, Austrii, Grecji i Holandii. Referaty wygłaszane były w języku niemieckim i angielskim, przemiennie. W obradach uczestniczył minister gospodarki landu Brandenburgia, co nie dziwi, bo Poczdam jest siedzibą władz landu, tego landu na obszarze którego znajduje się miasto-land Berlin. Konferencja, czy też Kongres, jak określili to organizatorzy, poświęcona była ocenie realizacji europejskich dyrektyw: PSI z 2000 r. i INSPIRE z 2007 r. oraz związanych z nimi aktów prawnych o postępowaniu z informacjami oraz o ponownym użyciu danych, w aspekcie realizacji ogromnego projektu unijnego ePSIplus, w którym w wielu zakresach uczestniczy również Polska (m.in.SEKAP). Poszczególne segmenty informacji sektora publicznego obejmują informacje związane z rolnictwem, administracją publiczną, gospodarowaniem energią, finansami, zdrowiem, prawem, statystyką publiczną, ochroną środowiska, meteorologią, a także geoinformacje pojawiające się samodzielnie i jako układ odniesienia do pozostałych segmentów. Celem konferencji była identyfikacja konfliktów i barier w dostępie do danych, które jakkolwiek powszechnie dostępne, nie są bezpłatne i wytworzyły już ogromny przemysł, skutkujący przede wszystkim roszczeniami finansowymi. Większość referatów dotyczyła problematyki roszczeniowej z prawniczego punktu widzenia. A jest się o co dochodzić. Otóż według danych za rok 2006 przemysł informacyjny Europy 25, czyli Unii Europejskiej liczącej 25 członków, osiągnął wartość 11.400 bn euro i prześcignął przemysł informacyjny USA 10.500 bn euro. Struktura tego przemysłu to 49% informacji nawigacyjnych, 31% meteorologicznych, 17% prawnych. Zaledwie 3% to informacje inne. W strukturze rodzajowej czapkę informacyjną tworzą informacje katastralno-prawne (rejestry profesjonalne), topograficzno-transportowe i meteorologiczne. Konfliktogenne są jakość (dokładność i aktualność) i cena. Ktoś te dane wytwarza i bierze za nie odpowiedzialność. Po drodze do użytkownika jest cały łańcuszek tych, co je kupują lub zawłaszczają. Użytkownik końcowy korzysta z danych i skarży się np. na chybioną prognozę pogody. Nie będziemy tematu rozwijać, bo nauczeni doświadczeniami poczdamskimi wiemy, że jak np. GUGiK zechce z informacji skorzystać, to powinien za to zapłacić. Jak zwróci się bezpośrednio do organizatorów kongresu, to odbitki slajdów otrzyma ale za odpłatnością (od kilkudziesięciu do kilkuset euro) i to po jakimś czasie, kiedy zawarta tam wiedza utraci na atrakcyjności. Trochę żal, że myśmy tyle rzeczy dawali Głównemu Geodecie za darmo, a Główny Geodeta ich nie chciał, a nawet za te wynegocjowane poniżej kosztów, nie sfinalizował regulacji zobowiązań (TBD!) Na tym tle, właśnie, nadzwyczaj interesujący był model cenowy zaprezentowany przez austriacki Główny Urząd Miar i Pomiarów (BEV) przewidujący znaczący wzrost cen za udostępniane produkty, zwłaszcza dla producentów rynkowych przetwarzających dane geodezyjne. O ile indywidualny odbiorca danych geodezyjnych zwłaszcza danych katastralnych, pozostaje na dotychczasowym poziomie cenowym, to odbiorcy przemysłowi płacą wielokrotnie więcej, np. w produktach kartograficznych od 200 do 1500 procent. Przewidziane też są licencje na otrzymywanie danych aktualizacyjnych ale za odpowiednią ceną. Radzimy, aby GGK skontaktował się z austriackim urzędem geodezji i nie wyważał otwartych drzwi. Wzorowaliśmy naszą ewidencję gruntów na modelu austriackim, korzystaliśmy z ich opinii wdrażając ciągle jeszcze obowiązujące prawo geodezyjne i kartograficzne, dlaczego nie skorzystać z ich modelu cenowego? Tylko ten nieszczęsny język! Aczkolwiek w tym względzie radzimy skorzystać z fachowców krakowskich, którzy i język i kataster znają! Tym bardziej, że nieco optymizmu wniósł gabinet premiera Tuska. 2. Zmiany na razie są widoczne Obok pozytywnej reakcji ministrów sprawiedliwości i infrastruktury na inicjatywę katowicką w sprawie Ewidencji Mienia Publicznego, równie otwarte i racjonalne stanowisko zaprezentował nowy Minister SWiA, który przyjął zaproszenie i delegował na katowickie seminarium 2 wysokich rangą przedstawicieli. Obecnie zaś kolejne potwierdzenie zmian w resorcie znalazło się w liście Naczelnika Wydziału Komunikacji i Promocji Biura Ministra MSWiA pani Emilii Salach-Pezowicz z dnia 7 grudnia 2007 r. o treści następującej: (cytat) „W związku z pismem nr GP 150/07 oraz po zapoznaniu się z Państwa komentarzem internetowym ZSK 84/07 pragnę podziękować za uwagę oraz poinformować, że obecnie trwają prace nad zmianą sposobu wyświetlania informacji o danych teleadresowych powiatów. System zarządzania treścią (CMS) zaimplementowany do obsługi serwisow internetowych MSWiA pozwala na wyszukiwanie poprzez porównanie zapytania (frazy) do rekordów z nazwami województwa. Stąd po wpisaniu „Śląsk“, „śląskie“ (czy nawet samo „śl“) zostaną wyświetlone rekordy (powiaty) województwa śląskiego oraz dolnośląskiego. Z tego mechanizmu korzysta również mapa wyświetlona w dziale „Administracja publiczna“ „Dane teleadresowe powiatów i miast na prawach powiatu“ i właśnie nad usprawnieniem tego algorytmu trwają prace. Jednakże bezsprzecznie w każdym rekordzie znajduje się informacja w jakim województwie znajduje się dany powiat. Wobec tego z pewnością przy rekordzie „miasta na prawach powiatu Szczecin“ znajduje się opis „województwo: zachodniopomorskie“, a przy „Toruniu“ „kujawsko-pomorskie“.“(koniec cytatu). To w sumie drobiazg, ale świadczy o powrocie do normalności. Do normalności polegającej na tym, że urząd administracji publicznej, działający w oparciu o środki budżetowe pochodzące z podatków przez nas płaconych, zareagował na społeczną krytykę. Nie jest przy tym istotne, że zareagował korzystając z opinii informatyka, próbującego usprawiedliwić zwykłą wpadkę projektanta systemu, która mogła się była zdarzyć w ubiegłym wieku, nie dziś; nie jest istotna skala tej wpadki, bo w sumie to był drobiazg możliwy do usunięcia w kilka dni, nie jest istotny brak reakcji na reklamę (Sanatorium Modrzew,Unirol), która nie przystoi urzędowi administracji państwowej (wreszcie usunięta!), istotna jest reakcja na zwrócenie uwagi przez niepublicznego partnera, któremu za to nie płacą, ale który chce, aby jego podatki były konsumowane przez odpowiedzialnych urzędników. I ten cel został osiągnięty. Z całą pewnością nie wyciągnęlibyśmy tematu, gdyby nie była to edycja jednego z rejestrów państwowych, za który odpowiedzialny był minister zainteresowany dokonaniem rewolucji w geodezji. Otóż w normalnej geodezji takie błędy, jak na cytowanej stronie internetowej, byłyby nie do pomyślenia. Ale ów minister chciał rewolucyjnie usprawnić geodezję bez geodetów (trudno określić udziałem geodetów kilka osób dobranych ze wskazania, którym wolno było głównie słuchać), to wskazaliśmy do czego to może prowadzić. Zatem z przekory wytknęliśmy niechlujność w budowie nieszczęsnej bazy teleadresowej, bo przynajmniej w tym zakresie minister sprawiał wrażenie kompetentnego (tak przynajmniej o sobie mówił) i był bardzo „seriożny“. Jak poinformowaliśmy go o trudnościach w opłacaniu corocznej składki do EUROGI w wys. 7000 euro, to reakcją była kontrola w GUGiK, czy aby GISPOL nie otrzymuje stamtąd pieniędzy. Jak się okazało, że nic takiego nie ma miejsca, to zapadła grobowa cisza po dziś dzień. Wszakże gdybyśmy wiedzieli o żałosnych doświadczeniach informatyczno-telekomunikacyjnych pana ministra, nie dokładalibyśmy rejestru teleadresowego. Stąd ogromne zdziwienie lekturą Rzeczpospolitej z 11 grudnia 2007 r., tak, tak tej samej gazety co to kolportowała rewelacje o geodetach utrudniających Euro 2012, o likwidacji GUGiK, odwoływaniu GGK, podatku katastralnym, tym razem informującej o (cytat) „76 tys. zł za komórkę wiceministra taki niebotyczny rachunek przyszedł na początku lipca do MSWiA. Chodziło o służbowy telefon byłego już wiceszefa resortu odpowiedzialnego za informatyzację “(koniec cytatu) Pierwsza refleksja, to ta, iż taka kwota wystarczyłaby na opłacanie przez trzy lata przynależności do EUROGI, w zamian za co agendy rządowe otrzymywałyby, jak do tej pory, najświeższe informacje unijne i światowe z zakresu informacji przestrzennej, zarejestrowane dotąd na ponad tysiącu taśm video. I choć władze nigdy nie przyznawały, iż dane pochodzą z GISPOL-u, to w takich np. biuletynach czy na stronie internetowej GUGiK, publikowane były jako własne. W końcu działalność stowarzyszeniowa i tak ma charakter społeczny i tak, zatem roszczeń z tytułu praw autorskich nie wyprowadzamy. Była jednak refleksja druga, poważniejsza. Przecież rekomendacją byłego już wiceministra do zajęcia ministerialnego fotela była praktyka informatyczna na Zachodzie, o której ze swadą wypowiadał się publicznie i musiał wiedzieć, że korzystanie z Internetu przy pomocy telefonu komórkowego, zwłaszcza poza granicami kraju jest kosztowne. Jaka zatem jest wartość rozwiązań proponowanych dla całego kraju, jeśli nie potrafił ich zorganizować w rodzinie? Właśnie o sposób rozumowania w tym temacie rozeszły się punkty widzenia autorów wspólnego referatu „Klocek, Mecha“ na seminarium katowickie. Otóż zdaniem kolegi Klocka należy oddzielić grubą kreską dokonania byłego ministra do spraw geodezji i jego zespołu ekspertów i zacząć wszystko od nowa. Współautor był innego zdania. Jeśli powstała szkoda, to trzeba ją rozliczyć, aby jej nie powtórzyć. Pozostał więc referat przy jednym tylko autorze, którego zdaniem wystarczająca jest lista nieudanych a kosztownych eksperymentów. Takich jak Koncepcja SIP w Polsce, Zintegrowany System Katastralny czy rozporządzenie w sprawie ewidencji gruntów i budynków z 2001 r. Wszystkie one wyciągnęły wielkie pieniądze z kieszeni podatników, a efekt przyniosły tylko realizatorom, nie podatnikom. Podatnicy mają teraz sprawdzić, co skopano w rejestrach ich stanu posiadania i zapłacić ponownie, tym razem za usunięcie błędów konwersji, LPIS-owych, wektoryzacyjnych. Minister, czy jego rodzina, efekt korzystania z komórki i Internetu mieli, ale dla siebie, nie dla podatnika i gdyby nie wybory, to chyba sprawa nie zostałaby nagłośniona. Minister miał jednak pecha, bo wynik wyborów był niekorzystny dla niego i będzie teraz musiał ten rachunek spłacić. Co to jednak znaczy 76 tys. wobec dziesiątków milionów złotych wydanych na nieprzydatne prace geodezyjne. I trudno jest się zgodzić z propozycją kol. Klocka, aby te sprawy oddzielić grubą kreską. Przecież za wydatkowanie „naszych“ pieniędzy urzędnicy otrzymują pensje, ponoszą odpowiedzialność (dyscyplina finansowa!) i mają uzyskać efekt użyteczny dla obywatela, gwarantujący m.in. bezpieczeństwo posiadania, które pozostało jednym z podstawowych elementów zreformowanego traktatu europejskiego. I to właśnie było treścią I Kongresu ePSI: bezpieczeństwo i odpowiedzialność za dane sektora publicznego, za ich efekt finalny, za tryb roszczeniowy, który jak na razie - jest niemowlęco bezwolny w Polsce, - a prawnie regulowany i chroniony np. w Austrii, Grecji, czy w Niemczech. Chyba jest to ostatni już czas, aby fachowcy znający języki zbadali sprawę u naszych sąsiadów, którzy jakoś sobie poradzili z wyzwaniem i nawet chcieli nam pomóc, oczywiście nie za darmo. Broń Boże jednak, by czynić to przy pomocy zwykłych tłumaczy, jak miało to miejsce z IPE, kiedy to kilkunastoosobowe wycieczki, „wymieniały doświadczenia“ bez jakichkolwiek rezultatów. Podobnie zresztą było z wizytami eksperckimi w Polsce, za które musieliśmy słono zapłacić. Co z tego wyszło zilustrował kol. Stanisław Zaremba wstrząsającymi przykładami podczas seminarium EMP w Katowicach. |